Macocha zamknęła mnie, żebym nie poszła na jej ślub z moim ojcem, ale nie przewidziała tego małego szczegółu, który wszystko zmienił.
22 lipca 2025, autor: admin
Mam 30 lat. Mój ojciec ma 61. I jakieś trzy miesiące temu powiedział mi, że się ponownie żeni.
„Za Danę!” powiedział, a jego oczy błyszczały jak u nastolatka. „Będziemy mieli kameralny ślub. Tylko bliscy przyjaciele i rodzina”.
Dana. Pięćdziesięciokilkuletnia. Nosi obcasy, jakby były przyklejone do stóp. Mówi, jakby ciągle robiła aferę. I przysięgam, że w 70% jest botoksem, a w 30% ma zły humor.
Cóż, nigdy nie nienawidziłam Dany. Próbowałam. Naprawdę, naprawdę próbowałam. Śmiałam się z jej żartów. Nawet z tych, które nie miały sensu. Zjadałam wszystkie suche, rozgotowane gulasze z uśmiechem. Kupiłam jej piękny szalik na święta.
Nigdy jej nie nosiła.
Od samego początku dawała mi jasno do zrozumienia, że nie jestem mile widziana. Nie do końca, oczywiście. To byłoby zbyt szczere. Ale na tysiąc sposobów.
Zawsze, gdy tata i ja się zbliżaliśmy – może po to, żeby powspominać albo pośmiać się z głupich filmów – Dana dziwnie się zachowywała. Zaczynała kaszleć. Albo mówiła, że ma migrenę. Kiedyś nawet twierdziła, że miała dwa przypadki zatrucia pokarmowego w tym samym tygodniu.
Mój tata zawsze powtarzał: „Ona jest po prostu wrażliwa, kochanie. Wiesz, jaki ma żołądek”.
Tak, wrażliwa na to, że nie jest w centrum uwagi.
Traktowała mnie jak ducha, nie jak córkę. Nawet nie jak człowieka. Tylko jak resztkę życia, z którym nie chciała się zmierzyć. A jednak byłam obecna. Na każdym przyjęciu. Na każdych urodzinach. Na każdej niedzielnej wizycie.
A potem nadszedł ten ważny telefon od taty.