Świąteczne światełka migotały w okazałym domu Millerów w Wirginii, rzucając ciepłe barwy na uśmiechnięte twarze i brzęk kieliszków. Tygodniami przygotowywałam kolację – pieczonego indyka, ciasto pekanowe, domowy poncz jajeczny – mając nadzieję, że może w tym roku w końcu poczuję się częścią rodziny mojego męża. Lucas, mój mąż, wyjechał służbowo do Chicago, zostawiając mnie samą z organizacją świątecznego spotkania. Jego rodzice, Robert i Helen Miller, nalegali, by podtrzymać tradycję, a ja chciałam wierzyć, że dam radę.Gry rodzinne
Przez pierwszą godzinę wszystko szło gładko. Wymienialiśmy się prezentami, śmialiśmy się ze starych historii i przez ulotną chwilę poczułem się niemal zaakceptowany. Ale spokój w domu Millerów nigdy nie trwał długo. Zaczęło się, gdy Daniel, młodszy brat Lucasa, zapytał zbyt swobodnie: „Emma, sporo zaoszczędziłaś dzięki tej swojej pracy w piekarni, prawda? Może mogłabyś mi pomóc z zaliczką na nowy dom”.
Uśmiechnęłam się uprzejmie, starając się zachować spokojny ton. „Danielu, oszczędzam te pieniądze na fundusz studiów naszej córki”.