„Ja… biorę cię za swojego męża… w chorobie i w zdrowiu… dopóki śmierć nas nie rozłączy”.
W palącym afrykańskim słońcu ślub już się rozpoczął, gdy drżące dłonie Aiszy upuściły bukiet. Białe kwiaty rozsypały się na suchej ziemi niczym niespełnione obietnice. Goście odwrócili się, a wśród tłumu rozległy się szepty. Głos księdza zadrżał, zawieszony między poczuciem obowiązku a niedowierzaniem.
Pan młody, blady i nieruchomy, leżał obok niej na wózku inwalidzkim. Miał zamknięte oczy, a jego oddech wspomagany był powolnym szumem przenośnego respiratora.
Nazywali to małżeństwem. Dla Aishy to było raczej jak pogrzeb.
Staruszki szeptały za zasłonami. „Ma szczęście” – mruknęła jedna – „że wyszła za mąż za bogatego, nawet jeśli on będzie spał wiecznie”.
Inny splunął cicho. „Przeklęta dziewczyna. Kto poślubia ducha?”
Aisha wpatrywała się w ziemię. Nie wybierała tego. Została wybrana.
Trzy tygodnie wcześniej ręce matki drżały, gdy ściskała kontrakt w dłoniach. „Wyjdziesz za niego” – powiedziała cienkim jak dym głosem. „To jedyny sposób, żeby nas uratować. Spłacą nasze długi, zapłacą za szkołę twojego brata”.
Aisha pamiętała, jak wpatrywała się w to imię: Michael Adawale, najmłodszy syn jednej z najpotężniejszych rodzin w Lagos. Kiedyś pełen energii, teraz pogrążony w śpiączce po wypadku samochodowym. Rodzina chciała chronić swoje dziedzictwo. Ślub musi się odbyć, mówili, żeby fuzja firm nie upadła. I tak córka biednej krawcowej stała się kartą przetargową.
Ceremonia ciągnęła się w nieskończoność. Kiedy pierścionek wsunął się na jej palec, serce Aishy pękło jeszcze bardziej. Fotografowie i tak pstrykali aparatami, zatrzymując na zawsze jej zapadnięte oczy w polerowanych złotych ramkach.
Tej nocy rezydencja ją pochłonęła. Marmurowe podłogi lśniły. Żyrandole mieniły się niczym obojętne gwiazdy. Pielęgniarki poruszały się cicho, opiekując się nieruchomym ciałem Michaela w pokoju pachnącym antyseptykiem i różami. Aisha stała w drzwiach, obserwując, jak maszyna obok niego oddycha za niego.
„Nawet nie wiesz, że istnieję” – wyszeptała, a dźwięk zaginął w szumie. „Ale uczynili mnie twoją żoną”.
W kolejnych dniach jej świat stawał się coraz mniejszy. Każdego ranka siadała przy łóżku Michaela i szyła. Jego rodzina rzadko z nią rozmawiała. Pani Adawale, jego matka, przemykała przez korytarze niczym cień. „Nie zapominaj o swoim miejscu” – mruknęła kiedyś. „Jesteś tu po to, by cię widziano, a nie po to, by marzyć”.
Aisha skinęła głową, choć w głębi duszy krzyczała.
Tygodnie zamieniły się w miesiące. Gazety nazwały ją „Śpiącą Panną Młodą”. Media społecznościowe ją wyśmiewały. Zdjęcia, na których stała obok pogrążonego w śpiączce miliardera, stały się memami. Miłość tak cicha, że nie oddycha, żartował jeden z nagłówków.
Mimo to Aisza została.
Pewnej nocy, podczas burzy, w rezydencji zabrakło prądu. Generatory odmówiły posłuszeństwa. W słabym świetle świecy Aisha wbiegła do pokoju Michaela. Dioda respiratora zamrugała na czerwono, przestając działać. Ogarnęła ją panika. Jej ręce drżały, gdy próbowała sobie przypomnieć, co robią pielęgniarki.