Budząc się w środku nocy, żona usłyszała cichą rozmowę w kuchni. Zbliżyła się i zrozumiała, że mąż rozmawia z inną kobietą.
„Też tęskniłem. Wytrzymaj jeszcze trochę.” — odpisał Wiktor.
„Kiedy się zobaczymy?”
„Jutro po pracy. W tym samym miejscu.”
Walentina usiadła. Ręce jej się trzęsły tak, że prawie upuściła telefon.
Przewinęła wyżej. Same czułe słowa: „moja droga”, „mój skarb”, „buziaki”.
Kto to? I od kiedy to trwa?
Telefon zawibrował — połączenie przychodzące. Ten sam numer.
W panice odrzuciła, odłożyła telefon i uciekła do sypialni.
Godzinę później zadzwoniła do córki.
— Nastia, możesz teraz rozmawiać?
— Jasne, mamo. Co się stało? Słyszysz się jakoś dziwnie.
— Nastia… czy tata wydaje ci się ostatnio inny?
— Inny jak?
— Cichy. Zamknięty w sobie.
Nastia zamilkła na chwilę.
— Mamo, co się dzieje?
— Nic. Tak tylko… przeczucie.
— Może powinnaś z nim szczerze porozmawiać.
— A jeśli on…
— Jeśli co?
Walentina nie umiała powiedzieć na głos swoich obaw.
— Nieważne. Zapomnij.
— Mamo, jesteś pewna, że wszystko w porządku?
— Tak, tak.
Wieczorem Wiktor wrócił.
— Zostawiłem dziś telefon w domu, — powiedział od progu.
— Tak, widziałam. Nikt nie dzwonił.
Skłamała spokojnie. A on odetchnął z ulgą.
— Jutro wrócę późno, — oznajmił przy kolacji.
— Znowu?
— Kontrola w pracy. Dużo roboty.
Kontrola? Wiktor od dwudziestu lat pracował jako tokarz. Jakie kontrole?
— A o której wrócisz?
— Nie wiem. Późno.
Czyli do tej swojej “kochanie”…
Nie spała całą noc, układając w głowie plan.
Rano zauważyła, że zakłada najlepszą koszulę — tę na święta.
— Ładnie się wystroiłeś, — zauważyła.
— Małe spotkanie w zakładzie.
Znów kłamstwo.
Gdy wyszedł, przeszukała mieszkanie. W kieszeni marynarki znalazła serwetkę z kawiarni “Przytulny Kącik”. Nigdy tam nie byli razem.
A w szufladzie — karteczkę, kobiecym pismem: “Czekam. Nie spóźnij się. Całuję.” I adres — ulica Mira 15.
Serce Walentiny waliło jak młot. Więc tam się spotykają.
Usiadła i zapłakała. Trzydzieści lat małżeństwa. I co teraz? Rozwód? Zaczynać od nowa w wieku pięćdziesięciu dziewięciu lat?
Ale musiała poznać prawdę.
W sobotę poszła za nim. Wyszedł o drugiej, mówiąc, że idzie do Pietrowicza.
Założyła ciemne okulary, chustkę, i ruszyła za nim.
Wysiadł w centrum, na ulicy Mira, wszedł do domu numer 15 — ten z kartki.
Po pięciu minutach weszła za nim. Na domofonie: mieszkanie 23, nazwisko Morozowa.
Kim jest ta Morozowa? Młoda? Rozwiedziona?
Zatrzymała się na klatce i przez okno schodów obserwowała drzwi.