„O, cześć” – powiedziałem zaskoczony. „Faith Stewart. Dzwonię w sprawie A-frame na Kestrel Ridge. Wiem, że jest strasznie późno”.
„Mieszkańcy miasta zawsze dzwonią późno” – zaśmiała się. „To wtedy, kiedy ma się czas na marzenia, prawda? Ten dom jest przepiękny. Chcesz obejrzeć go na wideo już teraz?”
Mój telefon zawibrował – FaceTime. Pojawiła się twarz Mai, obramowana kapturem parki. „Dobra, Faith, kupmy dom”. Drzwi się otworzyły. Zapaliły się światła. Zaparło mi dech w piersiach. Cała ściana od strony doliny była ze szkła. Sufit piął się w górę, poprzecinany ciężkimi belkami. Sosnowe światło lało się po drewnianych podłogach. „Główny salon” – powiedziała Maya. „Kamienny kominek, od podłogi do sufitu”. Przeprowadziła mnie przez kuchnię, sypialnię na dole, a potem spiralnymi schodami na antresolę.
„Co jest za oknami?” – zapytałem. „Te duże.”
„Dolina” – powiedziała. Ciężkie szklane drzwi rozsunęły się; wiatr wdarł się przez głośnik. „To” – powiedziała, wchodząc na pokład – „jest pokład”. Kamera przesunęła się. Ciemna, rozległa pustka w dole, kilka świateł migotało jak spadające gwiazdy. Pokład wisiał nad nicością. Odosobniony. Wspaniały.
„To dużo”, powiedziałem.
„Tak” – zgodziła się Maya. „Nie dla każdego. Ale kości są dobre. Jest solidna”.
Rozłączyliśmy się. Zamknęłam oczy. Czy potrafię sobie wyobrazić, jak budzę się tu sama i czuję się bezpiecznie? Wyobraziłam sobie dom z dzieciństwa, pełen ludzi, rozbrzmiewający potrzebami Juliana, gdzie nieustannie czułam się cicho i niepewnie. Potem wyobraziłam sobie konstrukcję w kształcie litery A, pojedynczą drogę, kamienny kominek, taras wpatrzony w pustkę. Głęboką ciszę. Odpowiedzią było rozluźnienie w piersi, głęboki oddech. Tak.
Następnego ranka nie zadzwoniłam do brokera kredytowego. Weszłam do internetu i założyłam firmę Halycon Pine LLC. Halycon, od mitycznego ptaka, który uspokaja fale. Pine, od drzew strzegących domu. Moje nazwisko nie znalazłoby się w akcie własności, ani w opłatach za media. Dom należałby do spółki LLC. Twierdza. Granica ustanowiona prawem korporacyjnym. Otworzyłam firmowe konto bankowe i przelałam premię plus oszczędności. O 9:01 zadzwoniłam do Mai. „Składam ofertę”.
„Jeszcze nawet nie poczułeś tutaj powietrza!” – zaśmiała się.
„Widziałem wszystko, czego potrzebowałem. Cała gotówka, 21-dniowe zamknięcie transakcji przez moją spółkę LLC.”
Profesjonalista w niej natychmiast stanął na baczność. „Dobra, Faith, zróbmy to”. Zaoferowałem 10 000 dolarów poniżej ceny wywoławczej. Zaproponowali 5 000 dolarów więcej. Spojrzałem na e-mail. To był ten moment. Nie pytając o zgodę, nie czekając na zaproszenie. Wpisałem „ Zaakceptowano” .
Przez trzy tygodnie byłam maszyną. Całe dnie w Redwood Meridian, noce podpisywanie dokumentów cyfrowych, sprawdzanie inspekcji, załatwianie przelewów. Nikomu nie powiedziałam. Czekając na wyszukanie tytułu własności, założyłam nowy plik w aplikacji do notatek w telefonie: Klucze moje. Adres prywatny. Poczta, skrytka pocztowa. Dostęp: tylko na zaproszenie.
Dzień zamknięcia przypadał w piątek pod koniec listopada. Klawisze – trzy nowe, ostre, mosiężne – wydawały się niemożliwie ciężkie. Jechałem sedanem, którego bagażnik wypełniłem zestawem narzędzi, poduszkami, śpiworem i ubraniami. Playlistą na trzygodzinną podróż był „Different December” – wiolonczele, ciche fortepiany. Dźwięk celu.
Rama w kształcie litery A była ostrym, czarnym cieniem na tle posiniaczonego, fioletowego nieba. Uderzył mnie chłód – czysty, wysokogórski, pachnący sosnami i śniegiem. Zasuwka zasunęła się z echem. Pusta, jaskiniowa, pachnąca stęchłym powietrzem i cedrem. Moje kroki dudniły.
Pierwszej nocy nadmuchałem materac dmuchany w salonie, zwrócony twarzą w stronę szklanej ściany i kamiennego kominka. Zimno. Mocowałem się z zaworem gazu; błękitne płomienie rozbłysły. Szkło wysysało ciepło. Leżąc tam, w pełnym ubraniu, czułem głuchy ból w piersi – ból bycia jedynym dorosłym. Nikogo, do kogo mógłbym zadzwonić, kogo mógłbym obwinić. Bezpieczeństwo, ciepło – mój problem do rozwiązania. Po raz pierwszy ta świadomość wydawała się fundamentem. Zasnąłem, patrząc na płomienie.
Moje życie jest podzielone. Dni powszednie w Harborview, skupione. Piątek o 17:00, trzygodzinna jazda w góry. Praca do upadłego, sen na materacu pneumatycznym, pobudka o 5 rano, powrót. Napędzane kawą i adrenaliną.
Te pierwsze tygodnie to była czysta harówka. Szlifowanie ciemnowiśniowych szafek kuchennych, aż paliły mnie ramiona, odsłaniając blade, surowe drewno – jakbym zdzierał z siebie skórę. Wymiana mosiężnych opraw oświetleniowych z najwyższej półki na eleganckie, czarne oświetlenie szynowe, studiowanie schematów okablowania w telefonie, aż kuchnia zalała się czystym, ciepłym światłem. Montaż solidnych, inteligentnych zamków, kucie ościeżnic drzwiowych pod wzmocnione blachy zaczepowe, ustawianie kodu głównego znanego tylko mi. Solidny odgłos nowej zasuwy był dźwiękiem absolutnego bezpieczeństwa.
Zamówienie mebli: prawdziwy materac, głęboka sofa, dwie identyczne, proste, drewniane ramy łóżek do pokoi gościnnych na piętrze. Składanie ich własnoręcznie, dokręcanie każdej śrubki. To nie były pokoje do obowiązkowego, rodzinnego przyjmowania gości. To były przestrzenie dla osób, które sam postanowiłem zaprosić.
Pewnej bezchmurnej, mroźnej nocy rozciągnąłem 90 metrów ciepłych, białych lampek wokół balustrady tarasu. Kilka godzin później, z odrętwiałymi palcami, podłączyłem je do prądu. Pokład rozświetlił się niczym statek unoszący się w mroku górskiej nocy. Z kubkiem herbaty w dłoni spojrzałem w dół, w rozległą, ciemną dolinę. Mój dom był małym, ciepłym światełkiem, czuwającym nad nim.
W następną sobotę w sklepie spożywczym High Timber kasjer gestem wskazał na moje zapasy. „Wprowadzasz się gdzieś?”