„Mam pełen grafik” – powiedział Derek, całując mnie w skroń i podając mi talerz.
„Dobrze” – powiedziałam i mówiłam poważnie – z całą stanowczością kobiety, która nauczyła się, jak sprawić, by każdy dzień należał do niej.
Jedliśmy na wyspie. Poranne światło robiło to, co poranne światło potrafi najlepiej – sprawiało, że nawet najprostsze rzeczy wyglądały jak plan. June machała widelcem jak ptak. Nasz syn żuł łyżkę i wyglądał na zadowolonego z tego, co robił. Na ganku słupki huśtawki czekały na beton. Na podwórku dwie linie kredowe przecinały się pod kątem prostym, dowód na to, że ktoś uczył dzieci prostowania narożników.
„Gotowy?” zapytał Derek.
„Po co?”
„Mimo wszystkiego.”
Pomyślałam o dziewczynie, która kiedyś przyjęła to, co jej dano, i o kobiecie, która teraz zbudowała to, czego potrzebowała. Pomyślałam o papierach, które ją chroniły, o przyjaciołach, którzy się pojawili, o fundacji, która dawała mi tytuł i o fundacji, która mnie dawała. Pomyślałam o rodzinie stworzonej, a nie sprowadzonej. I o domu, który oddychał, bo my tak robiliśmy.
„Gotowy” powiedziałem.
Wyszliśmy z kawą na werandę. Dzień otworzył się jak drzwi, których nie musiałem kopać. Przyszłość czekała jak pokój, który zaprojektowałem idealnie dla ludzi w nim przebywających. A kiedy wiatr uniósł flagę z cichym trzaskiem, zabrzmiało to dokładnie jak rozwijający się projekt – praca do wykonania, tak, i radość z działania.
Sprawiedliwość wybrała okrężną drogę do domu. Ale dotarła, ubrana w zwyczajne ubranie, niosąc torbę z zakupami, kładąc klucze na tacy przy drzwiach i pytając łagodnie: „Co na obiad?”.
Odpowiedzieliśmy tak, jak robią wszystkie szczęśliwe domy: „Cokolwiek stworzymy razem”.