„Tak. Jest w archiwum. Wszystko jasno i wyraźnie przedstawiłeś. Powiedziałeś: »To chroni moją własność intelektualną i daje firmie pełne prawo do korzystania z niej, o ile będziemy ją corocznie odnawiać«. Zapytałeś, czy są jakieś wątpliwości”.
Przypomniałem sobie, jak to pisałem. Siedząc w samochodzie na lunchu, z kciukiem w górze nad przyciskiem „wyślij”.
„Co powiedziałeś?” zapytałem ciszej.
„Odpowiedziałem: «Wygląda dobrze. Dział prawny nie ma żadnych problemów».”
Zostawiliśmy to tak.
„Powinnam była naciskać” – powiedziała w końcu. „Powinnam była zadać więcej pytań, upewnić się, że ktoś wyżej ode mnie w hierarchii rzeczywiście rozumie, co podpisuje”.
„Twoim zadaniem nie było bycie ich sumieniem” – powiedziałem.
„Może i nie” – powiedziała. „Ale moim zadaniem było nie traktować cię jak formalności. Nie traktowałam. To moja wina”.
Przez chwilę oboje milczeliśmy.
„Co teraz zrobisz?” zapytałem.
„Weź głęboki oddech” – powiedziała. „Może jakaś podróż samochodem. Moja siostra namawia mnie, żebym przyjechała do niej do Arizony. Potem pomyślę, co dalej”.
„Dobrze” – powiedziałem. „Zasługujesz na przerwę od rozmów kwalifikacyjnych”.
Wydała z siebie cichy śmiech.
„Widziałam twój filmik” – dodała. „Ten o czytaniu drobnego druku. Byłeś… dobry. Lepszy niż webinaria, które ci kazaliśmy oglądać”.
„Niski drążek” – powiedziałem.
„Mimo to” – powiedziała. „Sprawiłeś, że ludzie słuchali. Chciałam zadzwonić i powiedzieć… Cieszę się, że nie zostałeś mały tylko dlatego, że cię nie widzieliśmy”.
Przełknęłam gulę w gardle.
„Dzięki, Linda” – powiedziałem.
Po tym, jak się rozłączyliśmy, siedziałem jeszcze dłuższą chwilę, obserwując miasto poruszające się za szybą. Samochody, ludzie, między nimi przeciskał się rower dostawczy. Wszyscy gdzieś zmierzali, niosąc coś niewidzialnego.
Podniosłem stary, kredowy batonik proteinowy, który uratowałem z biurka w Atwell przed wyjazdem – zapakowany, nietknięty, trochę zgnieciony po przeprowadzce. Wrzuciłem go do szuflady kilka tygodni wcześniej i zapomniałem o nim.
Teraz rozpakowałem.
Nie do jedzenia.
Patrzeć.
Rzecz była dokładnie tak przygnębiająca, jak ją zapamiętałem: beżowa, gęsta, o delikatnym zapachu cukru i trocin.
Złamałem go na pół i wrzuciłem obie części do kosza na śmieci pod biurkiem.
Następnie podszedłem do parapetu, chwyciłem matowoczarny batonik, odkleiłem opakowanie i ugryzłem.
Migdały. Sól morska. Gorzka czekolada.
Smakowało jak inne życie.
To był ostatni raz, kiedy myślałam o sobie jako o „dziewczynie, która dostała bar i poklepała ją po ramieniu”.
Po tym wydarzeniu zacząłem postrzegać siebie jako kogoś innego.
Kobieta, która napisała Klauzulę Dwunastą.
Architekt, który odszedł.
Ten, który wiedział, że nie należy wierzyć, że ktokolwiek jest naprawdę możliwy do zastąpienia, gdy wie dokładnie, co zbudował.
Jeśli więc słuchasz tego w drodze do pracy, albo ukrywasz się w sali konferencyjnej między dwoma spotkaniami, albo siedzisz w samochodzie przed budynkiem, w którym widnieje motto dotyczące szybkości, a szef ma przypiętą flagę — potraktuj to jako cichy impuls.
Zachowaj paragony.
Przeczytaj swoje umowy.
A może, tylko może, napisz własną Klauzulę Dwunastą.
Bo pewnego dnia ktoś może spojrzeć na ciebie i powiedzieć: „Każdego da się zastąpić, kochanie”.
A ty się uśmiechniesz, skiniesz głową i będziesz wiedział coś, czego oni nie wiedzą:
Podpisali się pod tym już dawno temu.
Wielkie dzięki za to, że wytrwaliście do końca, wy, podstępni amanci.
Kliknij „Subskrybuj”, aby algorytm zapamiętał Twoje istnienie.
Twoi byli koledzy? Nadal nie wiedzą, co ich spotkało.