W wieku dwudziestu siedmiu lat wciąż mieszkałem w domu rodzinnym, wciąż dzieliłem pokój z Jamesem, wciąż odgrywałem rolę Brata-Ojca dla dzieci, które powinny mieć bardziej obecną matkę i bardziej odpowiedzialnego ojca. Moi koledzy z liceum mieli dyplomy, kariery, mieszkania, a nawet własne rodziny. Ja? Miałem naleśniki bananowe, trenowałem piłkę nożną i używałem używanego stołu kreślarskiego, którego prawie nie tknąłem.
Powtarzałam sobie, że to chwilowe. Że pewnego dnia wszystko się zmieni. Ale prawda była taka, że zmiana nigdy nie nadeszła – aż do tej kolacji, kiedy mama i Greg, jej ostatni chłopak, weszli do środka, uśmiechając się, jakby wygrali na loterii.
Jedliśmy lasagne, jedyny posiłek, na który wszyscy mogli liczyć bez narzekania. Mama napisała wcześniej SMS-a, że chce, żeby wszyscy wrócili do domu na kolację. „Ekscytujące wieści” – powiedziała, a jej słowa niemal rozświetlały ekran. Już samo to mnie zdenerwowało. Z mojego doświadczenia wynika, że „ekscytujące wieści” zazwyczaj oznaczało: „Octavio, przygotuj się na większą odpowiedzialność”.
Greg różnił się od pozostałych, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Wytrzymał osiem miesięcy, co w romantycznym kalendarzu mamy równie dobrze mogłoby być złotą rocznicą. Był robotnikiem budowlanym z głośnym śmiechem i zwyczajem przynoszenia dzieciom słodyczy. Wydawał się całkiem nieszkodliwy. Ale nieszkodliwi mężczyźni mieli tendencję do znikania, gdy zaczynały napływać rachunki za pieluchy.
Mama ledwo tknęła jedzenia, zanim ogłosiła tę nowinę. Jej oczy błyszczały jak lampki choinkowe.
„Wszyscy, mamy ekscytujące wieści. Greg i ja będziemy mieli dziecko!”
Przy stole wybuchła euforia.
Lucy pisnęła, klaszcząc w dłonie. „Dziecko! Mogę pomóc się nim zająć? Czy może spać w moim pokoju?”
Bliźniacy przybili sobie piątki. „Nie będziemy już najmłodszymi chłopcami!”
Trzynastoletnia Khloe rozumiała więcej, niż dawała po sobie poznać. Ostrożnie powiedziała: „Wow, mamo, to wielka nowina. Kiedy to się ma urodzić?”
Kyle dramatycznie przewrócił oczami. „Świetnie. Kolejne wrzeszczące dziecko. Właśnie tego nam trzeba”.
James mruknął coś nieśmiało: „Gratulacje”, posyłając mi spojrzenie, które mówiło wszystko.
A ja? Siedziałam tam, uśmiechając się jak człowiek, którego właśnie uderzono w brzuch. Zmusiłam się do radości w głosie: „Wspaniale, mamo. Gratulacje”.
Ale w środku słyszałam tylko dźwięk kolejnego zamka zamykającego klatkę mojego życia. Kolejne dziecko oznaczało kolejne siedem lat nocnych karmień, dowożenia dzieci do szkoły, napadów złości i poświęceń. Kolejny okres moich dwudziestu lat, w którym pogrążałam się w czarnej dziurze odpowiedzialności, która nie była moja.
Greg, nieświadomy podwodnego nurtu, uśmiechnął się szeroko. „Myślimy, że to może być dziewczynka, ale nie będziemy tego wiedzieć przez jakiś czas. Tak czy inaczej, miło będzie znowu mieć malucha w pobliżu”.
Chciałem krzyczeć. Mamy już malucha. Dom pęka w szwach. Nie mamy miejsca, pieniędzy ani zdrowego rozsądku, żeby wyżywić kolejną gębę. Zamiast tego skinąłem głową jak posłuszny syn, bo tak mnie nauczono.
Reszta kolacji zamgliła się. Mama rozpływała się nad imionami dla dzieci, pomysłami na pokój dziecięcy, planem Grega, żeby przerobić garaż na dodatkowy pokój. Żułam, połykałam i tłumiłam panikę. Ale kiedy później dzieci były zajęte, przyparłam mamę do muru w kuchni.
„Mamo, możemy porozmawiać? O dziecku?”
Jej uśmiech lekko zbladł. „Czyż to nie cudowne, Octavio? Greg jest inny. Jest oddany.”
„Wspaniale” – powiedziałam ostrożnie. „Ale martwię się o sprawy praktyczne. W domu jest już tłoczno. Pieniędzy jest mało. I szczerze mówiąc… kto się zajmie dzieckiem?”
Jej twarz stwardniała, tylko odrobinę. „Greg i ja, oczywiście.”