Zamarłam. Wszystko, co powiedziała Lili, było prawdą. Nie był w śpiączce. Nie spał. On po prostu się bawił, a ja płakałam dzień po dniu, przekonana, że walczy o życie.

Drżącymi rękami wyjąłem telefon i pstryknąłem zdjęcia. Każde z nich było dowodem: jego kłamstw, manipulacji, zdrady. Serce mi ciążyło, ale jednocześnie poczułem w sobie zimną, intensywną siłę.
Później prawda wyszła na jaw:
Lekarz leczący Marka był jego przyjacielem – i wspólnikiem. Razem zaaranżowali tę udawaną śpiączkę, żeby mnie uspokoić, żeby mieć nade mną kontrolę.
Obaj byli odpowiedzialni – lekarz i Mark.
Wychodząc ze szpitalnej sali, poczułem ogromną ulgę.
Widziałem prawdę na własne oczy.
I właśnie w tym momencie zaczęła się moja prawdziwa wolność.