To, co zrobię z resztą — firmą, pieniędzmi, dowodami ukrytymi za obrazem w penthousie, którego nigdy nie chciałam — jest teraz moim ciężarem.
Może sprzedam wszystko i przeznaczę fortunę na stypendia dla dzieci, które nie zaczynają życia z funduszami powierniczymi i prawnikami na etacie. Może odbuduję Montoya Designs w coś uczciwego, firmę, która nie idzie na łatwiznę i nie obmywa niczyich grzechów.
Może otworzę ten sejf, oddam wszystkie strony rządowi i pozwolę historii zdecydować, co zrobić z prawdą.
Jeszcze nie wiem.
Ale wiem jedno: cokolwiek odtąd zbuduję, będzie stało na solidnym fundamencie. Żadnego brudnego betonu pod marmurem. Żadnych ukrytych pieniędzy wlewanych w fundamenty.
Tylko drewno.
Stal.
I prawda.
Zadaję ci więc to samo pytanie, które zadaję sobie od czasu, gdy wyszedłem z sali konferencyjnej jako inny człowiek niż ten, który do niej wszedł.