Mój syn powiedział, że kolacja została odwołana, ale kiedy dotarłem do restauracji, odkryłem, że potajemnie ucztowali beze mnie, moim kosztem. Zrobiłem im niespodziankę, której nigdy nie zapomną. – Page 3 – Beste recepten
ADVERTISEMENT
ADVERTISEMENT
ADVERTISEMENT

Mój syn powiedział, że kolacja została odwołana, ale kiedy dotarłem do restauracji, odkryłem, że potajemnie ucztowali beze mnie, moim kosztem. Zrobiłem im niespodziankę, której nigdy nie zapomną.

„Nasz dom rodzinny” – mówię. „Ten, w którym dorastałeś. Ten, w którym każda deska podłogowa przypomina ci dzieciństwo. Ten, który tak bardzo chcesz odziedziczyć”.

„Oboje tylko czekacie, aż umrę albo stanę się tak bezradna, że ​​będziecie mogli mnie zamknąć w Sunny Hills i przejąć dom”. Rozłożyłam przed sobą papiery. „Nigdy nie pytałeś, czego chcę, jakie mam plany. Po prostu decydowałeś za mnie o wszystkim”.

„Mamo, o czym ty mówisz?” – pyta nerwowo Wesley. „Jakie masz plany?”

Biorę pierwszy dokument i kładę go przed nimi na stole. „Sprzedałem dom” – mówię po prostu.

Panuje taka cisza, że ​​można usłyszeć spadającą szpilkę. Wesley zastyga w bezruchu ze szklanką w dłoni. Thelma wydaje dziwny dźwięk – coś pomiędzy szlochem a kaszlem.

„Co masz na myśli, sprzedałeś?” – wydusił w końcu Wesley. „Nie mogłeś. Nie zrobiłbyś tego”.

„Ale tak zrobiłam” – odpowiadam spokojnie. „Trzy dni temu. Pan Jenkins, mój prawnik, załatwił wszystko bardzo szybko. Dom kupiło młode małżeństwo z dwójką dzieci. Cudowni ludzie, pełni planów i nadziei. Tchną w niego nowe życie”.

„Ale… ale co z tobą? Gdzie będziesz mieszkać?” Thelma wygląda, jakby miała się rozpłakać.

„Och, nie martw się o mnie, kochanie” – uśmiecham się. „Wynajęłam małe mieszkanie niedaleko centrum, niedaleko biblioteki. Wiesz, jak bardzo lubię czytać”.

„Mieszkanie?” Wesley patrzy na mnie, jakbym mu powiedział, że przeprowadzam się na Marsa. „Ale… dom, to nasz dom rodzinny. Tata chciał, żeby pozostał w rodzinie”.

„Twój ojciec chciał, żebym była szczęśliwa” – mówię stanowczo. „I żeby jego dzieci wyrosły na dobrych ludzi. Jedno z tych życzeń, które mogę spełnić”.

Biorę drugi dokument.

„Ale co do pieniędzy ze sprzedaży domu…” Wesley robi krok naprzód, a jego oczy błyszczą zachłannie. Nawet w takiej chwili myśli tylko o pieniądzach.

„Przekazałem go na budowę nowego skrzydła biblioteki miejskiej” – kończę, pokazując mu dokument darowizny. „Będzie nosił imię twojego ojca. George zawsze kochał książki. To godny hołd dla niego”.

„Co ty?” Wesley patrzy na mnie, jakbym mówiła w obcym języku. „Ale… to… to kupa pieniędzy”.

„Tak. Prawie pół miliona dolarów” – kiwam głową. „Dom był zadbany, a okolica cieszy się dużą popularnością wśród młodych rodzin”.

„I tak po prostu to oddajesz?” Thelma wygląda na oszołomioną. „Ale mamo, to może…”

„—zabezpieczyć moją przyszłość” – dokańczam za nią. „Ale ty już masz przyszłość, kochanie. Masz pracę. Masz domy. Masz samochody. Masz wszystko, czego potrzebujesz”.

Zerkam na Reeda, który siedzi ze spuszczoną głową. Wygląda na zdenerwowanego, ale nie pieniędzmi, a całą sytuacją.

„Myślałam jednak o przyszłości” – kontynuuję, wyciągając trzeci dokument. „Zmieniłam testament”.

Wesley i Thelma znów na siebie patrzą, tym razem z ledwo skrywaną nadzieją. Może myślą, że zostawiłam im coś innego – jakieś oszczędności, biżuterię, cokolwiek.

„Wszystko, co mi zostało – moje oszczędności, biżuterię, dobytek – zapisuję Reedowi” – ​​mówię, kładąc kopię testamentu na stole. „Jedynemu członkowi tej rodziny, który postrzega mnie nie jako źródło spadku, ale jako istotę ludzką”.

Reed podnosi wzrok, ze łzami w oczach. „Babciu, nie chcę… nie muszę…”

„Wiem, kochanie” – mówię cicho. „Właśnie dlatego to dostaniesz. Nie martw się. Niewiele tego jest, ale wystarczy, żeby pomóc ci zacząć działać na własną rękę”.

Odwracam się do pozostałych. Ich twarze wyrażają całą gamę emocji – szok, niedowierzanie, rozczarowanie, gniew.

„Myślałeś, że nie zauważyłam, jak mnie traktujesz” – mówię cicho. „Myślałeś, że jestem za stara i głupia, żeby zrozumieć twoje plany. Ale widziałam to wszystko. Przez te wszystkie lata. Za każdym razem, gdy unikałeś moich telefonów. Za każdym razem, gdy szukałeś wymówek, żeby mnie nie odwiedzać. Za każdym razem, gdy kłamałeś mi prosto w oczy”.

Włożyłem papiery z powrotem do koperty.

„A wiesz, co jest najsmutniejsze? Nadal cię kochałem, bez względu na wszystko. Bo jesteście moimi dziećmi. Ale miłość nie oznacza, że ​​musisz pozwalać innym naruszać swoją godność. Tego nauczył mnie twój ojciec i tego właśnie starałem się nauczyć ciebie”.

Wesley jako pierwszy odzyskuje mowę. „Mamo, to… to szaleństwo”. Stara się mówić cicho, ale słychać w nim panikę. „Nie możesz nam po prostu… po prostu odebrać wszystkiego przez jedno nieporozumienie”.

„Nieporozumienie?” Patrzę na niego z autentycznym zdziwieniem. „Uważasz lata zaniedbań za nieporozumienie? Kłamanie o dzisiejszym wieczorze to nieporozumienie. Obgadywanie mnie za plecami o mojej rzekomej demencji to również nieporozumienie?”

„Mamo, martwiliśmy się o ciebie” – wtrąca Thelma. Jej głos drży, ale oczy pozostają suche. „Mieszkasz sama w dużym domu. Ciężko ci się nim opiekować”.

„I dlatego postanowiłeś to sprzedać bez pytania” – przerywam. „Niepokój wygląda inaczej, kochanie. Martwię się, kiedy dzwonisz codziennie, żeby sprawdzić, jak się czuję. Kiedy oferujesz pomoc, zamiast czekać, aż stanę się tak bezradna, że ​​będziesz mogła rządzić moim życiem”.

Cora, która do tej pory milczała, nagle się odzywa. „Edith, jesteś niesprawiedliwa. Zawsze traktowaliśmy cię z szacunkiem. Zawsze nam na tobie zależało”.

„Naprawdę?” – zwracam się do niej. „To dlaczego, kiedy potrzebowałam pieniędzy na leki, których nie pokrywało ubezpieczenie, Wesley powiedział, że masz problemy finansowe? A tydzień później poleciałaś na Bahamy?”

Cora rumieni się i spuszcza wzrok. „To były zaplanowane wakacje” – mruczy. „Nie mogliśmy ich odwołać”.

„Oczywiście” – kiwam głową. „Wakacje są ważniejsze niż zdrowie starej matki. Rozumiem”.

Wstaję od stołu i biorę torebkę.

„Cóż, nie będę już psuł ci wakacji swoją obecnością. Powiedziałem już wszystko, co miałem do powiedzenia.”

„Wychodzisz?” Thelma wygląda na zdezorientowaną. „Ale… ale co z…?”

„Co? Pieniądze?” – dokańczam za nią. „Przepadły, kochanie. Nie ma domu, nie ma oszczędności, na które czekałaś. Tylko ja – twoja matka – w końcu postanowiłam żyć dla siebie, zamiast czekać, aż znajdziesz pięć minut w swoim grafiku, żeby mnie odwiedzić”.

Reed zrywa się na równe nogi. „Odprowadzę cię, babciu”.

„Dziękuję, kochanie, ale nie musisz”. Delikatnie dotykam jego ramienia. „Zostań. Dokończ kolację. Do zobaczenia jutro”.

Zwracam się do pozostałych. „A z wami – może nie. To zależy od was”.

Kieruję się do wyjścia, czując na sobie spojrzenia nie tylko mojej rodziny, ale i innych gości. Ale nie obchodzi mnie to. Po raz pierwszy od lat czuję się wolna – wolna od oczekiwań, od rozczarowań, od niekończącego się oczekiwania na uwagę i troskę, które nigdy nie nadejdą.

Lewis czeka na mnie przy wyjściu.

„Wychodzisz, Edith?” – pyta z lekkim smutkiem w głosie. „Mam nadzieję, że nie z powodu jakości obsługi”.

„Obsługa była doskonała, Lewis” – odpowiadam szczerze. „Jak zawsze u ciebie. Tylko muszę już iść do domu”.

„Zamówię ci taksówkę” – proponuje, odprowadzając mnie na zewnątrz.

„Byłbym wdzięczny.”

Podczas gdy czekamy na taksówkę, Lewis przygląda mi się uważnie.

„Napięta atmosfera przy stole.”

„Rodzina jest ważna” – uśmiecham się słabo.

„Czasami prawda jest gorzka, ale konieczna” – kiwa głową.

„Jak gorzkie lekarstwo?”

“Dokładnie.”

Podjeżdża taksówka i Lewis galantnie otwiera mi drzwi.

„Wiesz, Edith, zawsze cię podziwiałem” – mówi nagle. „Kiedy byłem chłopcem, zawsze byłaś taka prawdziwa. Bez udawania, bez fałszu”.

„Dziękuję, Lewis”. Jego słowa mnie wzruszyły. „To wiele dla mnie znaczy”.

„Słyszałem o projekcie nowego skrzydła biblioteki” – dodaje. „To wspaniały pomysł. George byłby dumny”.

Zamieram w połowie drogi do taksówki. „Wiesz o tym?”

„Blue Springs to małe miasteczko, Edith” – uśmiecha się delikatnie. „Wszyscy tu wszystko wiedzą – zwłaszcza jeśli chodzi o tak hojną darowiznę”.

Kiwam głową, dziwnie ulżyło mi, że wieść już się rozeszła. Nie ma już odwrotu.

„To właściwa decyzja” – mówię, wsiadając do taksówki. „Jedyna słuszna decyzja”.

„Nie wątpię” – mówi poważnie Lewis. „A Edith, jeśli kiedykolwiek będziesz chciała porozmawiać albo napić się herbaty, moje drzwi są dla ciebie zawsze otwarte”.

„Zapamiętam to” – obiecuję.

Gdy taksówka odjeżdża, nie oglądam się za siebie, na restaurację. Nie chcę patrzeć, czy moje dzieci wyjdą, żeby się pożegnać, czy zostaną w środku, omawiając to, co się stało. Ostatecznie to już nie ma znaczenia. Zrobiłam to, co powinnam była zrobić dawno temu. Odzyskałam kontrolę nad swoim życiem. I choć serce mi pęka na myśl o tym, kim stały się moje dzieci, czuję dziwną ulgę, jakbym pozbyła się ciężaru, który nosiłam od lat.

Taksówka skręca za róg, a restauracja Willow Creek znika z pola widzenia — ta część mojego życia, o której pozwalałam innym decydować za mnie, ta część, w której czekałam na uwagę i miłość od tych, którzy nie mogli lub nie chcieli mi jej dać.

Wiosenne słońce zagląda przez okna mojego nowego mieszkania, wypełniając je ciepłem i światłem. Siedzę w fotelu z filiżanką porannej herbaty i obserwuję, jak miasto budzi się do życia. Z trzeciego piętra mam piękny widok na centralny plac Blue Springs z zadbanymi klombami i starożytną fontanną. Po drugiej stronie ulicy znajduje się budynek biblioteki miejskiej – mój nowy drugi dom.

Minęły trzy miesiące od tamtej nocy w restauracji Willow Creek. Trzy miesiące, odkąd przewróciłam stronę swojego życia i zaczęłam pisać nowy rozdział. Zmiana nie jest łatwa. Całe życie mieszkałam w tym samym domu – każdy kąt krył wspomnienia. Ale w dziwny sposób to małe mieszkanie z jasnymi ścianami i minimalną ilością rzeczy daje mi poczucie wolności, którego nie zaznałam od lat.

Dzwonek telefonu przerywa moje myśli. Zerkam na ekran. Wesley – czwarty telefon w tym tygodniu. Odkładam telefon i nie odbieram. Niech zostawi wiadomość, jeśli to naprawdę ważne.

Po tamtej nocy w restauracji moje dzieci jakby się obudziły. Nagle przypomniały sobie o moim istnieniu. Na początku dzwoniły do ​​mnie pełne gniewu telefony. Jak mogłam to zrobić? Sprzedać dom? Wydziedziczyć ich? Potem, kiedy zdały sobie sprawę, że gniew nie działa, zaczęły próbować się przypodobać. Wesley przychodził z kwiatami i winnym spojrzeniem, opowiadając o nieporozumieniu i o tym, jak bardzo mnie kochają. Thelma dzwoniła codziennie, oferując pomoc w urządzaniu nowego mieszkania i zapraszając mnie na lunch. Nawet Cora przysłała kosz owoców i kartkę z przeprosinami.

Nie odrzuciłam ich prób pojednania od razu. Po prostu zachowałam dystans. Przyjęłam prezenty z uprzejmym uśmiechem, ale nie spieszyło mi się z odbudową dawnej relacji. Musieli zrozumieć, że raz złamane zaufanie nie odbudowuje się magicznie. Poza tym aż za dobrze rozumiałam prawdziwy powód ich nagłego zaniepokojenia. Mieli nadzieję, że nie zdążyłam jeszcze pozbyć się pieniędzy ze sprzedaży domu – że może darowizna na bibliotekę była jedynie groźbą. Wesley nawet ostrożnie zastanawiał się, czy nie pochopnie zdecydowałam się na tak dużą darowiznę. A kiedy potwierdziłam, że transakcja została sfinalizowana i pieniądze wpłynęły już na konto biblioteki, jego twarz zmieniła się, jakby opadła mu maska. Przez chwilę zobaczyłam prawdziwego Wesleya – wyrachowanego, skupionego na pieniądzach.

Telefon dzwoni ponownie. Tym razem to Reed.

„Dzień dobry, Babciu”. Jego głos brzmi radośnie, mimo wczesnej pory. „Jak się dzisiaj czujesz?”

„Dzień dobry, kochanie”. Uśmiecham się mimowolnie. „Pięknie jak zawsze. Podziwiam widok z okna i myślę o nadchodzącym dniu. Pamiętasz, że dziś otwieramy nowe skrzydło biblioteki?”

„Nigdy bym nie zapomniał”. Słyszę podekscytowanie w jego głosie. „Przyjadę po ciebie o trzeciej, tak jak się umówiliśmy”.

„Oczywiście, że pamiętałam”. Zerkam na sukienkę, którą przygotowałam na ceremonię – granatową z delikatnym srebrnym wzorem. Wszystko gotowe.

Po krótkiej rozmowie z Reedem wracam do herbaty. Otwarcie nowego skrzydła biblioteki to dla mnie ważne wydarzenie. Skrzydło George’a Thornberry’ego – tak się ono będzie nazywać. Miejsce, w którym dzieci będą mogły odkrywać świat książek, tak jak kiedyś George. Ucieszyłby się, wiedząc, że jego imię jest związane z czymś tak ważnym.

Po wypiciu herbaty zaczynam szykować się do porannej zmiany w bibliotece. Trzy razy w tygodniu pracuję tam jako wolontariuszka, pomagając w dziale dziecięcym. Czytam dzieciakom bajki, pomagam uczniom w wyborze książek, a czasem po prostu rozmawiam z nastolatkami, którzy przychodzą do biblioteki nie tyle po książki, co po ciszę i zrozumienie, których brakuje im w domu. Ta praca daje mi poczucie bycia potrzebną, którego tak długo byłam pozbawiona. Dzieci patrzą na mnie nie jak na ciężar, nie jak na dziedzictwo, ale jak na osobę, która może im coś dać – wiedzę, uwagę, życzliwość.

W drodze do biblioteki spotykam Marthę Finch, moją nową przyjaciółkę i sąsiadkę – energiczną wdowę po siedemdziesiątce, byłą nauczycielkę matematyki. To jedna z osób, które pomogły mi się zadomowić w nowym miejscu.

„Edith” – macha do mnie. „Idę do piekarni po świeży chleb. Przynieść ci coś?”

„Dziękuję, Martho. Nic mi nie jest” – uśmiecham się. „Mam dziś ważny dzień i zjem lunch w mieście po ceremonii otwarcia”.

„O tak – dziś otwierasz swoje skrzydło George’a”. Kiwa głową. „To bardzo miłe z twojej strony, Edith. Tak hojna darowizna. Taki hołd dla twojego męża”.

Dziękuję jej i idę dalej do biblioteki.

Po tamtej nocy w restauracji wieść o mojej darowiźnie szybko rozeszła się po Blue Springs. Reakcje ludzi były różne. Niektórzy uważali mnie za bohaterkę. Inni za szaloną staruszkę, która wydziedziczyła własne dzieci. Ale mnie to nie obchodziło. Wiedziałam, że postąpiłam słusznie.

W bibliotece przygotowania do ceremonii otwarcia idą już pełną parą. Pracownicy rozstawiają scenę przed nowym skrzydłem. Wolontariusze wieszają girlandy i ustawiają krzesła. Pani Prentice, główna bibliotekarka, biegnie między nimi, udzielając wskazówek z energią zaskakującą jak na kobietę w jej wieku.

„Edith” – wykrzykuje na mój widok. „Jak miło, że przyszłaś. Potrzebujemy pomocy z książkami na nowe półki. Czy możesz wybrać książki dla dzieci, które Twoim zdaniem powinny być wystawione w pierwszej kolejności?”

Z przyjemnością się zgadzam. Spędzam kolejne kilka godzin, przeglądając książki – od klasycznych baśni po współczesne historie. Każdą z nich oceniam pod kątem tego, co spodoba się dzieciom w różnym wieku. To przyjemna praca, przypominająca mi czasy, kiedy czytałem Wesleyowi i Thelmie przed snem.

Wspomnienia o dzieciach nie sprawiają już tak dotkliwego bólu jak kiedyś. Akceptuję sytuację taką, jaka jest. Nie wyrosły na takie, jakimi chciałam, żeby były, ale są moimi dziećmi i nadal je kocham. Tyle że teraz ta miłość jest bardziej zdystansowana – bez złudzeń i oczekiwań.

W południe wracam do domu, żeby odpocząć przed ceremonią. Wchodząc do mieszkania, widzę migający wskaźnik nowych wiadomości na automatycznej sekretarce.

Pierwsza wiadomość jest od Wesleya. „Mamo, to ja. Chciałem ci powiedzieć, że Cora i ja idziemy dziś wieczorem na otwarcie biblioteki. Wiem, że nas nie zaprosiłaś, ale to wydarzenie społecznościowe i my… chcemy cię wesprzeć. Proszę, oddzwoń, jeśli dostaniesz tę wiadomość”.

Druga wiadomość jest od Thelmy. „Mamo, dzwonię, żeby powiedzieć, że nie mogę dziś przyjść na ceremonię. Mam pilne zamówienie w sklepie. Muszę przygotować kwiaty na ślub. Wiem, że to dla Ciebie ważny dzień i bardzo mi przykro. Zadzwonię do Ciebie dziś wieczorem, żeby dowiedzieć się, jak poszło”.

Uśmiecham się. Niektóre rzeczy się nie zmieniają. Wesley pewnie ma nadzieję, że jego obecność na ceremonii jakoś mnie zmiękczy. Może nadal myśli, że zdoła mnie przekonać do zmiany zdania w sprawie spadku. A Thelma – jak zwykle – znajduje powód, żeby nie przychodzić. „Pilne zamówienie” to stara wymówka, której używa od lat.

Po lekkim lunchu zaczynam przygotowywać się do ceremonii. Biorę prysznic, układam włosy i zakładam tę samą granatową sukienkę i perłowy naszyjnik – prezent od George’a. Na koniec siadam, żeby odpocząć przed przybyciem Reeda. Mój wzrok pada na zdjęcie George’a na komodzie, jedyne, które zabrałam ze starego domu. Przedstawia go takiego, jakim kochałam go najbardziej – roześmianego, z jasnym pasemkiem we włosach i zmarszczkami wokół oczu od częstego uśmiechania się.

„Co byś powiedział, gdybyś mnie teraz zobaczył, George?” – pytam go w myślach. „Czy pochwalałbyś moje decyzje?” I niemal słyszę jego odpowiedź: „Wreszcie żyjesz dla siebie, Edith. Oczywiście, że pochwalam”.

Dzwonek do drzwi zwiastuje przybycie Reeda. Wygląda na podekscytowanego i szczęśliwego, a w garniturze, który jeszcze bardziej przypomina jego dziadka, wygląda na niego.

„Babciu, wyglądasz niesamowicie” – wykrzykuje, całując mnie w policzek. „Jesteś gotowa na swoją najwspanialszą chwilę?”

„Nie sądzę, żeby można to było nazwać »najlepszą chwilą«” – uśmiecham się, sięgając po torebkę. „Ale tak, jestem gotowa”.

W drodze do biblioteki Reed opowiada o swojej pracy szkolnej, planach na lato i o tym, że on i Audrey myślą o małej wycieczce wzdłuż wybrzeża.

„Nie chciałabyś pojechać z nami, Babciu?” – pyta nagle. „Byłoby wspaniale. Ciche plaże, małe nadmorskie miasteczka, pyszne jedzenie”.

„Kochanie, jesteście młodą parą” – uśmiecham się. „Nie potrzebujesz starej babci jako piątego koła u wozu”.

„Nigdy nie będziesz piątym kołem u wozu” – mówi poważnie Reed. „Nie dla mnie. Nie dla Audrey. Ona naprawdę chce, żebyś też pojechał, swoją drogą. Mówi, że opowiadasz najciekawsze historie”.

Jestem wzruszony. Może rzeczywiście mógłbym pojechać z nimi na kilka dni. To byłoby nowe doświadczenie – podróżowanie bez zobowiązań, bez konieczności opiekowania się kimkolwiek, po prostu dla przyjemności.

„Pomyślę o tym” – obiecuję. „W międzyczasie skupmy się na dniu dzisiejszym”.

Kiedy docieramy do biblioteki, plac przed nią jest już pełen ludzi. Białe krzesła ustawione w rzędach przed prowizoryczną sceną są prawie wszystkie zajęte. Nowe skrzydło, zbudowane z jasnej cegły i szkła, lśni w popołudniowym słońcu. Nad wejściem wisi złota tablica, wciąż przykryta materiałem: Skrzydło George’a Thornberry’ego.

Panna Prentice wita nas przy wejściu, promieniejąc radością.

„Edyto, nareszcie. Czekaliśmy na ciebie. Twoje miejsce jest oczywiście w pierwszym rzędzie – i dla twojego wnuka też.”

Prowadzi nas na miejsca dla gości honorowych. W tłumie dostrzegam Wesleya i Corę, stojących z boku i rozglądających się niepewnie. Kiedy Wesley mnie dostrzega, macha i rusza w naszym kierunku. Kiwam głową w odpowiedzi, ale nie zatrzymuję się, podążając za panią Prentice.

Siadając, rozglądam się po tłumie – wiele znajomych twarzy, sąsiedzi ze starej dzielnicy, nowi znajomi z domu, w którym teraz mieszkam, rodzice dzieci, z którymi pracuję w bibliotece, a wśród nich Lewis Quinlan w eleganckim, jasnoszarym garniturze. Zauważywszy moje spojrzenie, lekko kiwa głową i uśmiecha się.

Po tym wieczorze w restauracji widzieliśmy się jeszcze kilka razy. Wpadł do biblioteki – pozornie przypadkiem – kiedy tam pracowałam. Zaprosił mnie na kawę i zapytał, jak się aklimatyzuję w nowym miejscu. W jego towarzystwie czułam się nie jak stara wdowa, a po prostu kobieta – interesująca rozmówczyni.

Uroczystość rozpoczyna się od przemówienia burmistrza, standardowego przemówienia o znaczeniu edukacji i kultury dla małych miasteczek. Następnie przemawia pani Prentice, mówiąc o tym, jak długo biblioteka potrzebowała rozbudowy i jak moja darowizna to umożliwiła.

zobacz więcej na następnej stronie Reklama

Als je wilt doorgaan, klik op de knop onder de advertentie ⤵️

Advertentie
ADVERTISEMENT

Laisser un commentaire