W marcu Sawyer wysłała SMS-a ze zdjęciem. Bez podpisu. Oprawione dzieło na neutralnej ścianie: siatka maleńkich próbek papieru ręcznie barwionych ultramaryną z delikatnymi przesunięciami. W rogu najmniejszy kwadrat był oznaczony jako „prawie”. Wpisałam i wymazałam trzy różne odpowiedzi, zanim zdecydowałam się na dwa słowa: Dobra robota. Kropki tańczyły. Dzięki, napisała. Potem: Dostałam się na drugi kurs. Podstawy projektowania. Każą mi uczyć się proporcji. Spodobałoby ci się. Odłożyłam to na bok. Potem: Kontynuuj, odpisałam. Minutę później ostatnia chmurka: Tak.
Mieszkanie mamy i taty przy dworcu kolejowym z zewnątrz niewiele się zmieniło, ale w środku zmieniło się w sposób, którego nie odzwierciedli żadna tapeta. Violet kiedyś mi wysłała zdjęcie butów taty ustawionych pod drzwiami niczym żołnierze na spoczynku, a wody do farb mamy w słoiku z trzonkami pędzli skierowanymi do góry, a nie na boki. Małe, precyzyjne. Wyuczone.
Wiosna przeszła w lato, a Sangres przybrał dokładnie ten różowy kolor, który trudno byłoby uchwycić na papierze, a nigdy się to nie udało. Drake i ja wędrowaliśmy nad Tesuque rankiem, z powietrzem tak czystym, że wydawało się to obietnicą. Na skalistym punkcie widokowym wyjął z mojej kieszeni brelok z gwiazdami i paskami i pomachał nim. „Wciąż nosisz to małe, ciężkie cacko” – powiedział.
„Niczego nie otwiera” – powiedziałem. „Przypomina mi wszystko”.
Zaczepił go o szlufkę mojego paska i przyciągnął mnie bliżej. „Zostaw go” – powiedział. „Ale niech będzie lżejszy”.
Zostaliśmy tam, aż słońce zaczęło grzmieć, po czym zeszliśmy na dół, stąpając pewnie, w równym tempie, szlak był nasz w obu kierunkach.
Nie przepisałam swojej rodziny. Zrewidowałam swoją rolę. Nie podpaliłam sklepu. Zakręciłam zawór, którego nigdy nie musiałam otwierać. A kiedy nadszedł termin płatności rachunku za lata, odesłałam go na właściwy adres z adnotacją: Zapłacono za lekcję, nie przeze mnie.
Jeśli siedzisz przy stole, gdzie twoja wartość jest mierzona obowiązkami i ciszą, oto zdanie, które przewraca wszystko do góry nogami. Nie jest głośne. Nie potrzebuje świadków. To zdanie, które wypowiedziałem i którym żyłem: Nie. A potem to, które nastąpiło po nim: Skończyłem. Pomiędzy nimi znajdują się drzwi z brelokiem z flagą i wyborem. Matematyka zajmie się resztą.