Pracowaliśmy nad zwiastunami gier, instalacjami AR, teledyskami i interaktywnymi elementami wizualnymi. Zatrudniałem stażystów, byłem mentorem absolwentów uczelni, współpracowałem z twórcami, których kiedyś podziwiałem z daleka. Moja praca rozkwitała – ale co ważniejsze, ja rozkwitałem.
I co dziwne, wszystko zaczęło się od tej jednej, cichej wiadomości, którą wysłałem światu w Sylwestra.
W jakiś sposób film, który nigdy nie miał być publiczny, stał się tematem rozmów w społecznościach sztuki cyfrowej. Przemieszczał się z jednego zakątka internetu do drugiego, krążąc między animatorami, rzecznikami zdrowia psychicznego, forami akademickimi, a nawet kilkoma głównymi mediami. Artykuły określały go mianem „delikatnej, głębokiej refleksji nad odbudową samego siebie”. Jeden z magazynów opisał go jako „szept głośniejszy niż krzyk”.
Przeczytałem ten wers dwa, może trzy razy.
Potem to zapisałem.
Ludzie pisali do mnie maile z pytaniami, jak to zrobiłem. Studenci pisali, że film zainspirował ich do podjęcia studiów artystycznych. Reżyser się ze mną skontaktował, mówiąc, że oglądał go co roku w styczniu, żeby przypomnieć sobie, dlaczego w ogóle tworzył.
I tak, moi rodzice widzieli to wszystko. Od czasu do czasu pisali do mnie maile. Ton był ostrożny, rozważny, jakby próbowali ominąć odłamki czegoś kruchego. Nigdy nie przepraszali wprost, ale doceniali mój sukces. Pytali o moje projekty. Czasami próbowali – na swój własny, zdystansowany sposób.
Utrzymywałam granice tam, gdzie trzeba. Koniec z udawaniem. Koniec z kurczeniem się. Koniec z uczestnictwem w wydarzeniach, na których oczekiwano ode mnie odgrywania roli, do której już nie należałam. Rozmawialiśmy, ale z przestrzenią między nami. Przestrzenią, której potrzebowałam. Przestrzenią, którą sobie wypracowałam.
Mia to zupełnie inna historia. Zaczęła terapię – nie dlatego, że ją o to prosiłam, ale dlatego, że w końcu dostrzegła pęknięcie, które nosiła w sobie od dzieciństwa. Presję. Oczekiwania. Lęk przed tym, że nie jest wystarczająco dobra, który przerodził się w zazdrość, którą wyładowywała na mnie. Nie byłyśmy jeszcze blisko. Uzdrowienie nie było magią. To była powolna, cicha praca. Ale od czasu do czasu pisała. Przepraszała więcej niż raz. I po raz pierwszy w życiu jej słowa wydawały się prawdziwe.
Potem nadszedł znów Sylwester.
Mój nowy dach nie był tak wysoki jak budynek z zeszłego roku, ale miał szeroki drewniany taras, sznury ciepłych lampek i wystarczająco dużo otwartego nieba, by świat wydawał się większy niż w przeszłości. Zebrała się moja wybrana rodzina – Theo, moi stażyści, kilku artystów z naszego kolektywu, sąsiedzi, którzy się zaprzyjaźnili. Powietrze było zimne, ale śmiech unosił się między nami niczym ciepło. Rozstawiłam kubki z gorącym cydrem, miski popcornu karmelowego i koce dla każdego, kto ich potrzebował. Z małego głośnika płynęła muzyka – na tyle cicha, że rozmowy mogły swobodnie płynąć.
Gdy odliczanie się zbliżało, ktoś poklepał mnie po ramieniu.
„Mowa” – powiedział Theo z uśmiechem. „No dalej, przywileje założyciela”.
Wszyscy odwrócili się w moją stronę, unosząc kieliszki. Poczułem łopot w piersi – zdenerwowanie, ale nie strach. Zrobiłem krok naprzód, pozwalając, by nocny wiatr musnął moje policzki. Miasto w dole błyszczało, woda odbijała światła niczym migoczące gwiazdy.
„W zeszłym roku o tej porze” – zacząłem – „myślałem, że wszystko się rozpadło. Myślałem, że to, co wydarzyło się na gali, to koniec”.
Zatrzymałam się i spojrzałam na twarze wokół mnie – twarze, którym ufałam, twarze, które wybrały mnie bezwarunkowo.
„Ale to nie był koniec. To był początek. Przypomnienie, że czasami jedynym sposobem na rozpoczęcie prawdziwego życia jest zaprzestanie życia tym, które inni dla ciebie napisali”.
W grupie rozległ się pomruk aprobaty. Uniosłem kieliszek.
„Do sztuki” – powiedziałem. „Do granic. Do wyboru siebie”.
I gdy odliczanie wybiło dziesięć… dziewięć… osiem… pozwoliłem, aby słowa te zagościły w moim sercu.
Nareszcie jestem w domu.
Nad głowami wybuchły fajerwerki, malując niebo na złoto i lawendę. Ktoś objął mnie od tyłu. Theo stuknął swoim kieliszkiem o mój. I po raz pierwszy Nowy Rok nie wydawał się przedstawieniem. Czuł się prawdą. Czuł się przynależnością. Czuł się spokojem.
Noc przerodziła się w śmiech i muzykę, a ja oparłem się o balustradę, obserwując, jak kolory falują na wodzie. Świat huczał od świętowania, ale mój umysł był spokojny, spokojny, otwarty, nowy.
Zanim zakończę tę opowieść, zanim wkroczę w kolejny rok, chcę cię o coś zapytać.
Nowy rok nie zawsze potrzebuje fajerwerków, żeby wybuchnąć. Czasami wystarczy moment, w którym w końcu powiesz „dość” i wejdziesz w życie, które sobie wybierzesz.
Powiedz mi więc: skąd słuchasz dziś wieczorem? I z jakim życzeniem chcesz zacząć swoją historię, gdy zbliża się nowy rok?
Jeśli moja historia wywołała w Tobie jakieś emocje i jeśli kiedykolwiek stanąłeś przed bolesnym wyborem między lojalnością a własną uczciwością, to znasz to uczucie.