„W zaproszeniu było napisane pięć” – powtórzyłem. „Wynosi pięć”.
Wydychał powietrze przez nos, jakby to wszystko było jakąś wielką niedogodnością.
W końcu odsunął się – nie tak, jak się odsuwa, by przywitać wchodzącego, ale tak, jak się odsuwa, by uniknąć wpadnięcia na kosz na śmieci, który ktoś postawił w drzwiach.
Przeszedłem obok niego do holu i zatrzymałem się.
Jadalnia była pełna.
Osiem, może dziewięć osób siedziało wokół dużego stołu, który rozebrałem i ponownie pomalowałem zaledwie zeszłej wiosny. Młodzi dorośli, w wieku od późnych dwudziestu do trzydziestu kilku lat, ubrani w to, co chyba teraz nazywają „eleganckim, swobodnym stylem”. Jeden facet miał brodę tak starannie przyciętą, że wyglądała, jakby miała własny kalendarz. Inny miał na sobie koszulkę z drobnymi haftowanymi logotypami, które rozpoznawałem z reklam domów towarowych, ale nigdy z mojej szafy. Kobiety miały te niesforne, potargane włosy, których ułożenie zajmuje dwie godziny, i budżet na produkty, którego nie potrafię nawet zgadnąć.
Kieliszki do wina błyszczały w ich dłoniach pod żyrandolem, który sam zamontowałem. Stół był pięknie nakryty – serwetki materiałowe, prawdziwe talerze, wypolerowane srebra. Na środku stał idealnie zrumieniony indyk, otoczony miskami puree ziemniaczanego, batatów, zapiekanką z zielonej fasolki, sosem żurawinowym i bułeczkami w koszyku, nakrytymi niczym mała zasłonka.
Wszystkie krzesła przy tym stole były zajęte.
Emily wyszła z kuchni, niosąc dużą ceramiczną miskę. Para uniosła się i na sekundę zamgliła powietrze wokół jej twarzy. Miała trzydzieści pięć lat i wciąż miała kości policzkowe po matce, a jej sposób poruszania się przypominał jej świadomą próbę nieuszkodzenia niczego w świecie, który już raz ją złamał.
Przez sekundę – tak krótką i ostrą, jak zapalona zapałka – zobaczyłem ją taką, jaką widziałem ją zawsze: jako małą dziewczynkę z farbą na rękach i uśmiechem zbyt szerokim jak na jej twarz.
Wtedy mnie zobaczyła.
A jej oczy powędrowały w inną stronę tak szybko, że przegapiłbyś je, gdybyś nie szukał.