Popołudniowe słońce bezlitośnie prażyło nasze małe miasteczko Meadow Creek , zamieniając polne drogi w wstęgi kurzu, które oblepiały wszystko – ubrania, skórę, nadzieję. Przycupnęłam na podwórku za naszym maleńkim wynajętym domem, zbierając suche gałązki na ognisko, a moje dłonie były szorstkie i zrogowaciałe od dekady pracy, która zdawała się nie mieć końca.
“Mama?”
Spojrzałam w górę i zobaczyłam mojego syna stojącego w drzwiach, jego drobną sylwetkę wyraźnie odcinającą się na tle mrocznego wnętrza naszego domu. Dziesięcioletni Leo miał oczy ojca – ciemne i badawcze, zawsze szukające odpowiedzi, których ja nie mogłam mu dać.
“Tak kochanie?”
Wyszedł na słońce, lekko mrużąc oczy. „Czemu nie mam ojca jak inne dzieci w szkole?”
Pytanie upadło jak kamień w stojącą wodę, wywołując falę w latach starannie budowanych obron. Wiedziałem, że w końcu padnie. Dzieci zawsze zadają pytania, na które najbardziej boimy się odpowiedzi.
„Chodź, pomożesz mi z tymi gałęziami” – powiedziałem, jak zwykle unikając zaczepek.
Leo przykucnął obok mnie, jego chude ramiona zbierały mniejsze gałązki. „Tata Michaela przyszedł dziś do szkoły na festyn. A tata Sary przyniósł jej nowy plecak. I…”
„Wiem” – przerwałem delikatnie. „Wiem, że wszystkie inne dzieci mają ojców”.
„A gdzie jest moje?”
Dziesięć lat. Minęła dekada od dnia, w którym mój świat się rozpadł, a ja wciąż nie znałam odpowiedzi, która nie złamałaby mu serca tak, jak złamano moje.
„Twój ojciec…” – zacząłem, ale zaraz urwałem. Jak wytłumaczyć dziecku, że człowiek, który pomógł je stworzyć, zniknął jak dym, zanim się urodziło? „Twój ojciec bardzo cię kochał” – powiedziałem w końcu, tymi samymi pustymi słowami, które powtarzałem niezliczoną ilość razy. „Ale on musiał odejść”.
„Kiedy wróci?”
„Nie wiem, kochanie. Nie wiem.”