— Twój jubileusz jest odwołany, Ludmiło Iwanowna. Zamiast tortu — torba z rzeczami twojego syneczka, i oboje wynoście się z mojego mieszkania. – Page 4 – Beste recepten
ADVERTISEMENT
ADVERTISEMENT
ADVERTISEMENT

— Twój jubileusz jest odwołany, Ludmiło Iwanowna. Zamiast tortu — torba z rzeczami twojego syneczka, i oboje wynoście się z mojego mieszkania.

Twoja matka chce, żebym nakarmiła pół osiedla, a ty ją wspierasz zamiast mnie. Kto tu jest egoistą, Maksim?

— Dramatyzujesz! — machnął ręką. — Każdy ma problemy.

— Tak, ale nie każdy ma teściową, która uważa, że synowa jest jej coś winna, — powiedziała Krystyna, robiąc krok w jego stronę. — Czy choć raz stanąłeś po mojej stronie? Choć raz?

Maksymil milczał. Nigdy nie lubił kłótni.

Wolał ich unikać — dosłownie.

Tak jak teraz: odwrócił się i poszedł do łazienki, trzaskając drzwiami.

Krystyna została sama w ciemności.

Poczekała, aż kroki ucichną, potem podeszła do szafki nocnej, zapaliła lampkę i wyciągnęła z szuflady plik dokumentów. Na wierzchu leżała intercyza.

Przejrzała ją jeszcze raz, zatrzymała się przy punkcie o podziale majątku, po czym sięgnęła po telefon.

Napisała wiadomość do pośrednika: „Proszę przygotować dokumenty do sprzedaży mieszkania.

Tylko bez Maksyma.”

Wysłała.

Rano Maksym wyszedł do pracy, nawet nie zjadł śniadania. Krystyna nie próbowała go zatrzymać.

Wypiła kawę, zjadła tost, który natychmiast stanął jej w gardle, i zaczęła się pakować.

Nie swoje rzeczy — jego.

Koszulki, które rzucał na fotel. Skarpety walające się pod kanapą.

Dokumenty z półki — paszport, prawo jazdy, jakieś rachunki.

Włożyła to wszystko do torby sportowej, którą kupił dwa lata temu i nigdy nie użył.

Potem wyjęła z szafy jego ulubiony sweter — ten, który dostał od niej na ostatnie urodziny — i ułożyła go ostrożnie na wierzchu.

Dzwonek do drzwi rozległ się punktualnie o dziesiątej. Krystyna otworzyła.

W progu stała Ludmiła Iwanowna.

W nowej bluzce, z markową torebką, którą — jak Krystyna wiedziała — podarował jej Maksym.

Najwyraźniej wczoraj. Teściowa uśmiechała się, ale jej oczy były zimne.

— Dzień dobry, Krystynko — powiedziała, wchodząc do przedpokoju.

— Pomyślałam, że wpadnę, żeby omówić jubileusz. Nie masz nic przeciwko?

— Wejdź — Krystyna odsunęła się, przepuszczając ją.

Ludmiła Iwanowna przeszła do kuchni, postawiła torebkę na stole i zaczęła wyciągać z niej siatki.

— Już trochę rzeczy kupiłam — powiedziała, wykładając na stół kiełbasę, ser i dwie butelki wina. — Żeby ci było łatwiej.

Krystyna patrzyła na to i czuła, jak wszystko w niej się zaciska.

— Zabierz to z powrotem — powiedziała.

— Co? — Ludmiła uniosła głowę.

— Zabierz — wskazała na siatki. — Nie będę przygotowywać twojego jubileuszu.

Teściowa powoli wstała, opierając się rękami o stół.

— Mówisz poważnie? — zapytała cicho.

— Całkowicie — Krystyna skrzyżowała ramiona na piersi. — I przekaż Maksymowi, że jego rzeczy są w torbie. Niech przyjdzie po nie.

Twarz Ludmiły zmieniła się. Uśmiech zniknął, usta zacisnęły się w cienką linię.

— Zwariowałaś? — syknęła. — To mój syn! Mój dom!

— To moje mieszkanie — poprawiła Krystyna. — I chcę, żebyście oboje stąd wyszli.

— Nie masz prawa! — teściowa zrobiła krok do przodu, jej głos podniósł się.

— Nic nie rozumiesz! Maksym tu mieszka! Ma prawa!

— Ma prawo do tej torby z rzeczami — Krystyna wskazała na przedpokój. — I to wszystko. Intercyza jest podpisana, mieszkanie jest moje. Więc zabierz swoje zakupy i wyjdź.

Ludmiła zbladła.

— Ty… ty nas wyrzucasz? — zacisnęła pięści. — Przez jakąś uroczystość?

— Nie — Krystyna pokręciła głową. — Przez to, że oboje uważacie mnie za dojna krowę.

Przez to, że ty wymagasz, a on milczy. Przez to, że mam dość.

— Niszczysz rodzinę! — krzyknęła Ludmiła.

— Nie — odpowiedziała spokojnie Krystyna. — Ratuję siebie.

Teściowa gwałtownie ruszyła w jej stronę, jej oczy płonęły.

— Pożałujesz tego! — syknęła. — Maksym ci tego nie wybaczy!

— Niech nie wybacza — Krystyna otworzyła drzwi. — Ale wyjdź. Teraz.

Ludmiła stała chwilę, ściskając siatki, potem rzuciła je na podłogę.

— Jeszcze będziesz płakać! — krzyknęła i wyszła, trzaskając drzwiami tak mocno, że sąsiedzi pewnie pomyśleli, że doszło do morderstwa.

Krystyna przekręciła zamek. Potem podeszła do okna i spojrzała na ulicę.

Ludmiła szła w stronę samochodu, plecy proste, głowa uniesiona wysoko. Nie obejrzała się.

Krystyna wróciła do kuchni, schyliła się i zaczęła zbierać rozsypane zakupy.

Kiełbasa spadła na podłogę, wino się rozlało, ser potoczył się w kąty.

Wyrzuciła wszystko do kosza, potem wzięła miotłę i szufelkę.

Gdy sprzątała szkło, znowu zadzwonił dzwonek.

Otworzyła.

W progu stał Maksym. Jego twarz była czerwona, oczy szeroko otwarte, pełne niezrozumienia.

— Co ty zrobiłaś?! — wysapał.

— Wyrzuciłam cię — powiedziała Krystyna. — I twoją matkę.

— Nie możesz tak! — zrobił krok naprzód, ale go nie wpuściła.

— Mogę — wskazała na torbę. — Weź i wyjdź.

— Zwariowałaś! — krzyknął. — To moje mieszkanie!

— Nie — Krystyna wyjęła z kieszeni intercyzę i otworzyła na odpowiedniej stronie. — To moje. Czytaj.

Maksym wpatrywał się w dokument, jego twarz się skrzywiła.

— Ty… ty to zaplanowałaś?!

— Zaplanowałam się obronić — odparła. — Bo nikt inny by tego nie zrobił.

— Niszczyłaś naszą rodzinę! — jego głos się załamał.

— Nie — pokręciła głową. — Ratuję swoje życie.

Maksym chwycił torbę, rzucił ją na podłogę, potem odwrócił się i wyszedł, trzaskając drzwiami tak, że ściany zadrżały.

Krystyna zamknęła oczy.

W mieszkaniu zapadła cisza.

Krystyna obudziła się od ciszy. Nie od dzwonka, nie od krzyków sąsiadów, nie od dźwięku klucza w zamku — po prostu od ciszy.

Leżała na kanapie, owinięta kocem, słuchając tykania zegara w kuchni. Tik-tak. Tik-tak.

Jakby czas wreszcie zwolnił.

Minęły trzy dni, odkąd wyrzuciła Maksyma i Ludmiłę.

Trzy dni, w czasie których nikt nie zadzwonił, nie przyszedł, nie próbował jej przekonać.

Spodziewała się, że Maksym będzie błagał, że teściowa przyjdzie z pretensjami, że sąsiedzi zaczną plotkować.

Ale — nic. Cisza.

Krystyna wstała, przeciągnęła się, czując ból mięśni. Leżała zbyt długo, była zbyt spięta.

W kuchni czekała na nią zimna kawa — zapomniała wyłączyć ekspres poprzedniego wieczoru.

Wypiła, krzywiąc się z goryczy, i wzięła telefon.

Dwadzieścia nieodebranych połączeń. Dziesięć od Maksyma, pięć od Ludmiły, reszta z nieznanych numerów.

I jedna wiadomość od pośrednika: „Dokumenty gotowe. Kiedy się spotkamy?”

Odpisała: „Dziś. O trzeciej.”

Ludmiła przyszła o czwartej. Krystyna otworzyła drzwi i zobaczyła ją — w tym samym płaszczu, z tą samą torebką, ale twarz… twarz była zniekształcona gniewem.

Oczy czerwone, usta zaciśnięte, dłonie ściskające pasek torebki tak mocno, że pobielały jej kostki.

— Co ty zrobiłaś?! — syknęła, nie czekając na zaproszenie.

— Sprzedaję mieszkanie — powiedziała spokojnie Krystyna.

— Nie masz prawa! — Ludmiła zrobiła krok naprzód, jej głos drżał. — To dom mojego syna!

— To moje mieszkanie — Krystyna nie ustąpiła. — I sprzedaję je.

— Ty suko! — krzyknęła teściowa, tracąc panowanie. — Niszczyłaś mu życie! Jesteś egoistką! Ty…

— Mam dość bycia waszą żywicielką — przerwała jej Krystyna. — Dość znoszenia wszystkiego. Jestem chora, Ludmiło.

Ledwo stoję na nogach, a wy tylko wymagacie, wymagacie, wymagacie. Wystarczy.

— Nie możesz! — Ludmiła zrobiła krok bliżej, jej palce wbiły się w pasek torebki. — Pójdę do prawnika! Podważę tę intercyzę!

— Podważaj — wzruszyła ramionami Krystyna. — Ale mieszkanie już sprzedane.

Teściowa znieruchomiała.

— Co?

— Podpisałam dokumenty godzinę temu — uśmiechnęła się Krystyna.

Nie radośnie, lecz jakby wreszcie mogła odetchnąć. — Pośrednik już przelał pieniądze. Jutro przychodzą nowi właściciele.

Ludmiła pobladła.

— Ty… ty nie mogłaś…

— Mogłam — Krystyna cofnęła się o krok. — I zrobiłam to.

Nagle Ludmiła rzuciła się na nią. Krystyna nie zdążyła zareagować — teściowa chwyciła ją za ramiona, potrząsnęła, paznokcie wbiły się w skórę.

— Zniszczyłaś wszystko! — wrzeszczała Ludmiła, plując ze złości. — Zrujnowałaś mojego syna!

Krystyna odepchnęła ją.

— Twój syn sam się rujnuje — powiedziała. — Nigdy nie stanie po mojej stronie. Zawsze będzie maminsynkiem.

A ja nie chcę już żyć w tym cyrku.

Ludmiła cofnęła się, jej pierś gwałtownie unosiła się od oddechu.

— Pożałujesz — syknęła. — Zostaniesz sama. Nie będziesz miała nikogo.

— Już jestem sama — odpowiedziała Krystyna, zamykając drzwi.

Maksym przyszedł wieczorem. Otworzyła i zobaczyła go — zaczerwienione oczy, nieogolona twarz, ręce bezradnie zwisające.

— Naprawdę sprzedałaś mieszkanie? — zapytał chrapliwie.

— Tak — przytaknęła Krystyna.

— Po co?

— Bo chcę żyć — spojrzała mu w oczy. — A nie tylko przetrwać.

— Zniszczyłaś naszą rodzinę — zacisnął pięści.

— Nie — pokręciła głową. — Ty ją zniszczyłeś.

Zawsze wybierałeś ją, nigdy mnie.

Nigdy nie pytałeś, jak się czuję. Tylko brałeś i brałeś.

— Kochałem cię — wyszeptał.

— Nie — odparła. — Kochałeś wygodę.

Kochałeś to, że masz żonę, która wszystko znosi. Ale ja już nie będę.

Maksym milczał. Potem nagle się odwrócił i wyszedł.

Krystyna zamknęła drzwi.

Następnego dnia stała w progu nowego mieszkania — małego, ale jasnego, z balkonem wychodzącym na park.

Klucze miała w kieszeni. Wciągnęła powietrze — pachniało trawą i deszczem.

Telefon zawibrował. Wiadomość od adwokata: „Ludmiła Iwanowna złożyła pozew o unieważnienie intercyzy.

Ale nie ma szans.”

Krystyna uśmiechnęła się.

Wyciągnęła telefon i wybrała numer matki.

— Halo? — odezwał się głos po drugiej stronie.

— Mamo — powiedziała Krystyna. — Jestem wolna.

Koniec.

zobacz więcej na następnej stronie Reklama

Als je wilt doorgaan, klik op de knop onder de advertentie ⤵️

Advertentie
ADVERTISEMENT

Laisser un commentaire