Uciekła ze swojego toksycznego małżeństwa — i siedzia obok bossa mafii
O 4:10 nad ranem, gdy rezydencja spała pod warstwami luksusowej ciszy, Amelia wymknęła się z łóżka.
Jej ciało, skóra dotknięta piekła tam, gdzie jego pierścionek ją przeciągnięto. Ale jej serce — po raz pierwszy od lat — uczucie życia.
W ciemności zebrała swoje rzeczy: znoszoną torebkę z ukrytymi pieniędzmi, paszport ukryty w książce kucharskiej i mały plecak.
Bez biżuterii. Bez markowych torebek. Tylko mam nadzieję, że planuję.
Fortepian w sklepie patrząc na nią jak wdownia z duchów.
Drzwi skrzypnęły… a powietrze na zewnątrz pachniało wolnością po raz pierwszy w życiu.
Szła kilometrami, aż świt różowego nieba na szaro.
Na obrzeżach miasta taksówkę z używanygo telefonu i wyszeptała pierwsze kłamstwo, które uczy się każdego ocalały: „Odwiedzam siostrę.”
Kiedy słońce wzeszło, regularne przy bramce B14 — z biletem w dłoni i sercem w gardle.
(Cichy dźwięk silnika odrzutowego, przyspieszony rytm serca)
Kiedy pojawiło się wezwanie do wejścia na pokład, ogarnęło ją strach.
A co, jeśli Leyon się obudzi? Jeśli sprawdziłeś kamery? Jeśli już świat nastąpi przed jej drzwiami?
Ale nie było odwrotu. Już nie.
Weszła na pokład — rząd 14, miejsce C — i oparła się czołowo o lądowanie szybę.
Ziemia pod nią już do niej nie istnieje.
Chwilę później ktoś siedzi obok niej — mężczyzna z cichą osobą. Szyty na miarę dopasowania. Czarna koszula. Ciemne oczy.
Pachniał lekko cedrem i zimą.
Nie wydziela się na nią. Sprawdził zegarek i patrząc przed sobą.
Przez chwilę siedzieli w ciszy.
Potem turbulencje uderzające — ostro, nagle. Samolot się zatrząsł, pasażerowie odczuwali oddech.
Amelia drgnęła, a sweter zsunął się lekko, odsłaniając konstelację blaknących siniaków na ręce.
Mężczyzna, który przyszedł do głowy. Już jej nie da się usunąć.
„Wszystko w porządku?” — Zapytaj cicho, spokojnie… ostrożnie. Gdyby bał się ją przestraszyć.
„W porządku” — automatycznie. Kłamstwo wyszło z jej ust tak łatwo jak oddech.
Ale jej oczy ją zdradziły.
Zawahał się, a następnie lekko położył ramię w jej stronę.
„Jeśli chcesz, możesz się pojawić” — powiedział miękkiko. „To pomaga przy turbulencjach.”
Na chwilę Amelia zesztywniała.
Minęły lata, często ktoś zaoferował jej miejsce, przez odpoczęła — nie oczekując niczego w zamian.
Myśli, ostrożnie, oparła się o niego.
Nie ruszyło się. Nie reagował. Tylko lekko się przesuwa, przez jej szyję się nie napinała.
I po raz pierwszy od dawna… zapadła.
Kiedy się pojawi, kabinę wypełniało światło słoneczne. Nieznajomy obok czytał, cichy, spokojny.
„Przepraszam” — wyszeptała zawstydzona. Uśmiechnął się lekko. „Nie ma za co.”
„Jestem Dante” — dodaje po chwili.
Zawahała się. „Amelia.”