Tylko w celach ilustracyjnych
Mieszkałam sama w tym samym małym białym domku, który mój mąż, Frank, zbudował pięćdziesiąt lat temu. Farba łuszczyła się, weranda skrzypiała, ale to był dom. Franka nie było prawie dekadę temu i choć byłam zajęta, cisza panująca w tych ścianach czasami wydawała się tak ciężka, że mnie pochłaniała.
Z biegiem lat moje dzieci dzwoniły coraz rzadziej. David, mój syn, był odnoszącym sukcesy księgowym w innym stanie. Moja córka, Anna, miała własną rodzinę i problemy, z którymi musiała sobie radzić. Ich telefony przerodziły się w krótkie odzewy – „Kocham cię, mamo, odezwij się wkrótce!” – a potem przez tygodnie nic.
Mimo to powtarzałem sobie, że kochają mnie na swój sposób. Nie chciałem wierzyć, że jest inaczej.
W środę rano, po odebraniu poczty, zatrzymałem się na stacji benzynowej na rogu Pine Street i Maple Avenue – tej samej, którą odwiedzałem od lat. Kupiłem kilka artykułów spożywczych i, z przyzwyczajenia, jeden los na loterię. Zawsze typowałem te same liczby – urodziny Franka, naszą rocznicę i dzień narodzin naszego pierwszego wnuka.
Dwa dni później siedziałem przy kuchennym stole z kawą, sprawdzałem liczby w gazecie… i zamarłem.
Wszystkie pasowały.