Podmiejska dzielnica Bostonu skąpana była w złotym świetle październikowego poranka. Stałem w kuchni, w powietrzu unosił się znajomy zapach skwierczących naleśników, a ja wsłuchiwałem się w pełen nadziei głos mojego dziewięcioletniego syna, Ethana.
„Mamo, czy tata przyjdzie dziś obejrzeć mój mecz piłki nożnej?” – zapytał Ethan, siadając na śniadaniowym stole. Jego oczy, tak samo ciemnobrązowe jak u ojca, błyszczały z niecierpliwości spod ronda niebieskiego munduru drużyny.
„Tata ma ważne spotkanie, kochanie, ale obiecał, że przyjedzie natychmiast po jego zakończeniu” – odpowiedziałam łagodnie, kładąc przed nim stos naleśników.
Mój mąż, Michael, pracował niestrudzenie jako dyrektor sprzedaży w prestiżowej firmie produkującej sprzęt medyczny. Niedawno awansował, a jego obowiązki – wraz z harmonogramem podróży – wzrosły wykładniczo.
„Kolejne spotkanie” – powiedział Ethan, a na jego twarzy pojawił się cień rozczarowania, choć szybko powróciła mu pogodna mina. „Cóż, na pewno strzelę mu dziś gola”.
Pracowałam na pół etatu w lokalnej firmie księgowej trzy dni w tygodniu, co pozwalało mi spędzać resztę czasu na opiece nad Ethanem i prowadzeniu domu. Nie miałam żadnych zastrzeżeń do takiego życia. Wręcz przeciwnie, czułam się niezwykle szczęśliwa, mogąc tak blisko obserwować dorastanie mojego syna. Ethan był szczęśliwym, aktywnym chłopcem i gwiazdą szkolnej drużyny piłkarskiej. Miał doskonałe oceny i szerokie grono przyjaciół. Na zeszłomiesięcznej konferencji rodzicielskiej jego nauczycielka, pani Miller, pochwaliła go, mówiąc: „Ethan jest bardzo troskliwym i współczującym dzieckiem. Jest bardzo popularny w swojej klasie”.