Po trzecie: jeśli cokolwiek monetyzujemy — rozmowy, sponsoring, cokolwiek — dziesięć procent trafia do funduszu dla zwolnionych pracowników Atwell, którzy chcą się przekwalifikować.
Brwi Commsa poszybowały w górę.
„To… hojne” – powiedziała.
„To matematyka” – powiedziałem. „Stracili pracę, bo mój zapis spełnił swoje zadanie. Nie zamierzam przepraszać za jego użycie. Ale nie będę udawał, że nie trafił w ludzi, którzy nigdy nie dostali batona proteinowego ani nie poklepali ich po ramieniu”.
Nathan odchylił się do tyłu i patrzył na mnie ponad splecionymi palcami.
„Dziesięć procent” – powiedział. „Zrobione”.
I tak po prostu zawarliśmy zakład ze wszechświatem.
Ta historia poniosła pewne straty uboczne.
Kolejna liczba. Kolejny zawias.
Chcesz szczegółów? Dobrze.
Filmik, który opublikowaliśmy – tylko ja w prostej granatowej marynarce, siedzący w małym studiu z mikrofonem i szklanką wody – osiągnął liczbę siedmiuset tysięcy wyświetleń w pierwszym tygodniu.
Żadnej dramatycznej muzyki. Żadnych zdradzających nazwisk. Tylko rytmy, które już znasz: prośba o pięcioprocentową podwyżkę, słowo „kochanie”, klauzula, podpisanie umowy, sala konferencyjna.
Nazwaliśmy to „Przeczytaj drobny druk: Jak odzyskałem władzę w pracy”.
Posypały się komentarze.
„Krótko mówiąc, to moja ostatnia praca.”
„Wysyłam to właśnie mojej siostrze.”
„Drukuję Klauzulę Dwunastą i oprawię ją.”
I, jak można było przewidzieć:
„Wow, chyba podoba ci się rujnowanie życia setek ludzi?”
Przeczytałem to dwa razy i odłożyłem na bok.
Potem napisałem z powrotem:
Jeśli przywódcy uzależniają setki źródeł utrzymania od systemu, którego nie dbają o prawne utrzymanie, to nie jest to wina osoby, która napisała klauzulę o utrzymaniu.
Kliknij Wyślij.
Zamknięto kartę.
Wróciłem do pracy.
Ponieważ pod powierzchnią internetowych dyskusji i artykułów naukowych wciąż kryła się faktyczna praca: migracja klientów, udoskonalanie struktury, szkolenie zespołów Greystone, aby mogły obsługiwać system bez mojej obecności.
„Zabezpieczmy to na przyszłość” – powiedział Nathan pewnego wieczoru, opierając się o framugę drzwi, gdy światła w biurze przygasły do trybu nocnego. „Zbudujmy to tak, żebyśmy nigdy nie powtórzyli błędu Atwella. Żadnego pojedynczego punktu awarii – nawet ciebie”.
„Prosisz mnie, żebym uczynił siebie kimś zastępowalnym” – powiedziałem pół żartem, pół serio.
„Proszę cię, żebyś stał się niekruchy” – odparł. „To różnica”.
Nie mylił się.
Władza, której istnienie zależy od tego, że tylko Ty wiesz, gdzie biegną kable, to kolejna pułapka.
Udokumentowałem więc wszystko. Nie tak jak w Atwell – fragmentarycznie, ukryte na dyskach zapasowych i w arkuszach kalkulacyjnych oznaczonych kolorami – ale czysto, publicznie, z pełną historią wersji i nadzorem prawnym. Zbudowałem zespół wokół Frameworka: sześciu analityków, trzech inżynierów i jednego kierownika projektu, który potrafił żonglować strefami czasowymi jak kręgle.
Pod koniec kwartału przychody wzrosły. Wskaźnik odejść klientów spadł. A niewielki fundusz dziesięcioprocentowy, który założyliśmy na przekwalifikowanie, po cichu przekroczył granicę dziewiętnastu tysięcy pięciuset dolarów.
Dziewiętnaście tysięcy pięćset dolarów.
Na tym właśnie polegała ta historia i to był mój dodatkowy zarobek, podczas gdy ja byłem zajęty symulacjami przepływu pracy.
Pierwszą część przelałem do organizacji non-profit, która prowadziła wieczorowe kursy kodowania i analizy danych.
Kilka tygodni później Robert przesłał mi zrzut ekranu: był to e-mail od byłego współpracownika Atwella, który dziękował mu za „podłączenie nas do tego programu”.
„Moje dzieci myślą, że wrócę do szkoły, żeby zostać hakerką” – napisała.
„Powiedziałem im, że uczę się, jak nie dać się już zhakować”.
„To twoja zasługa” – napisał Robert pod zrzutem ekranu.
Spojrzałam na jego wiadomość, a potem na batonik proteinowy stojący na parapecie i łapiąc promienie popołudniowego słońca.
Być może dźwignia finansowa nie musi być grą o sumie zerowej.
Kolejny zawias.
A co z Richardem?
Nie usłyszałem już jego głosu — przynajmniej bezpośrednio — ale jego imię wciąż pojawiało się na marginesach rozmów.
„Widziałeś artykuł w Journalu?” – zapytał w windzie jeden ze wspólników Greystone’a, przeglądając telefon. „Atwell składa wniosek o ogłoszenie upadłości na podstawie Rozdziału 11. «Strategiczna restrukturyzacja»”.
„Strategiczne” – powtórzyłem.
Artykuł krążył po firmie. Znalazł się tam cytat Richarda o „trudnych warunkach rynkowych” i „nieoczekiwanych komplikacjach licencyjnych”. Ani słowa o ukochanej. Ani słowa o mnie.
Zamknąłem artykuł, gdy doszedłem do fragmentu mówiącego o „dumie z odporności zespołu”.
Oczywiście, że był dumny. Przyjęli cios, który powinien był przewidzieć.
Dwa dni później mój telefon zawibrował, wyświetlając numer, którego nie rozpoznałem.
Prawie pozwoliłem, żeby włączyła się poczta głosowa.
Prawie.
“Cześć?”
Chwila ciszy. Potem:
„Janet. To… to Linda.”
Mrugnęłam.
„Kadra Linda?” zapytałem.
„Tak” – powiedziała cienkim głosem. „Dawniej. Zwolnili mi rolę w zeszłym tygodniu”.
Oparłem się na krześle i wpatrywałem się w sufit.
„Jak się masz?” zapytałem, bo to było jedyne rozsądne miejsce, żeby zacząć.
Roześmiała się krótko i bez humoru.
„Jak myślisz?” – zapytała. „Mam czterdzieści dziewięć lat, moje konto 401(k) wykonuje żałosny taniec stepowy, a ja właśnie patrzyłam, jak firma upada przez klauzulę, którą skasowałam na autopilocie”.
Słowa te zawisły między nami, surowe i prawdziwe.
„Nie dzwonię, żeby ci zrobić przykrość” – dodała szybko. „Ani żeby o cokolwiek prosić. Po prostu… chciałam, żebyś wiedział, że znalazłam oryginalnego e-maila, którego mi wysłałeś, kiedy tworzyłeś ten aneks”.
Zaparło mi dech w piersiach.
„Naprawdę?”