Echo anonimowego głosu wciąż unosiło się w powietrzu jej mieszkania, jakby każdy kąt je słyszał.
Nie wychodź za mąż za Roberta. On nie jest tym, za kogo się podaje.
Wyłączyła telefon lodowatymi dłońmi. Poczuła ucisk w piersi, ciężar, którego nie mogła dłużej ignorować. To, co początkowo wydawało się złym przeczuciem, przerodziło się w prawdę, która prześladowała ją na każdym kroku.
Była zaręczona z mężczyzną, który zbudował swoje życie na kłamstwach.
Następnego ranka, jeszcze przed wypiciem kawy, wybrała numer Margaret. Jej głos brzmiał stanowczo, nie pozostawiając miejsca na wątpliwości.
„Potrzebuję śledczego. Dobrego. Kogoś, kto nie będzie tylko zaglądał do mediów społecznościowych. Chcę prawdziwych dowodów”.
Margaret nie zadawała pytań. Podała jej kontakt do osoby godnej zaufania, mężczyzny o nazwisku Alan Harrison, byłego policjanta, a obecnie prywatnego detektywa. Miał opinię dyskretnego i skrupulatnego.
Mary bez zastanowienia wybrała jego numer.
Spotkanie odbyło się w małym biurze w starym budynku w centrum miasta. Alan był mężczyzną po pięćdziesiątce, z przystrzyżoną brodą i szarymi oczami, które zdawały się widzieć więcej, niż powinny.
Słuchał uważnie, jak Mary wszystko wyjaśniała. Nie przerwał ani razu. Robił tylko notatki niebieskim długopisem, który wyglądał na zużyty od zapisywania tylu cudzych prawd.
„Masz dowód?” zapytał, gdy skończyła.
„Tylko to” – odpowiedziała Mary, podając mu teczkę, którą dała jej Lissa, a także kilka wiadomości i szczegółów na temat anonimowego połączenia.
Alan przeglądał dokumenty.
„To wystarczy na początek, ale nie wystarczy na formalną skargę. Zobaczmy, co jeszcze możemy zrobić”.
„Ile czasu potrzebujesz?”
„To zależy od tego, ile trupów ten facet ma w szafie. Chociaż ostrzegam – jeśli to, co mówisz, jest prawdą, nie spodoba ci się to, co znajdę”.
„Nic mi się już nie podoba, Alan. Chcę tylko prawdy.”
Alan patrzył na nią przez kilka sekund, jakby oceniał jej odporność. Potem skinął głową.
„Zadzwonię za tydzień.”
Kolejne dni były istną torturą. Mary żyła z telefonem przyklejonym do ręki, czekając na wieści. Unikała Roberta pod byle pretekstem – spotkania w pracy, bóle głowy, goniące terminy.
Odpowiadał ze zrozumieniem i miłymi wiadomościami, jakby naprawdę zależało mu na jej dobru.
To była najbardziej nie do zniesienia część – teatr. Nieustanny spektakl człowieka, który doskonale umiał udawać.
Dokładnie siódmego dnia Alan zadzwonił.
„Mam to, o co prosiłeś. Czy możesz przyjść dzisiaj?”
Mary nie wahała się.
Alan przyjął ją w tym samym biurze, ale tym razem w środku znajdowała się gruba, zaklejona koperta i czarny folder z jej imieniem.
Usiadła naprzeciwko niego. Alan się nie uśmiechał.
„Skłamałbym, gdybym powiedział, że to najgorsza rzecz, jaką kiedykolwiek widziałem” – zaczął. „Ale niewiele brakuje. Robert Miller nie istnieje jako taki. Przynajmniej nie prawnie”.
Mary poczuła, jak ściska jej się żołądek.
“Co masz na myśli?”
„Naprawdę nazywa się Morris Robert Taylor Miller. W ciągu ostatnich dziesięciu lat posługiwał się co najmniej pięcioma różnymi pseudonimami. Każdy z pozornie legalną dokumentacją, ale wszystkie zawierały nieścisłości – podrobione akty urodzenia, paszporty z fałszywymi pieczątkami, duplikaty numerów ubezpieczenia społecznego. To mistrz kamuflażu”.
Alan otworzył teczkę i pokazał jej kilka kopii.
„To jego pierwsze zarejestrowane małżeństwo, z kobietą o imieniu Paula Harrison dwanaście lat temu. Trwało osiem miesięcy. Przeniosła na niego swój fundusz emerytalny, a on zniknął. Potem pojawiła się jego druga żona, Jane Dixon – ta sama, o której wspominała Lissa. Nie ma żadnych danych o jej miejscu pobytu sprzed sześciu lat. Oficjalnie żyje, ale istnieje aktywne zgłoszenie o zaginięciu”.
„I trzecia, Lissa Moreno. Rok temu. Ona – jak wiesz – sprzedała dom z jego polecenia. Wszystko legalnie. Ale on zniknął, zanim zdążyła kupić nowy.
„We wszystkich przypadkach powtarzają się te same schematy: kobiety z własnym majątkiem, bez bliskiego wsparcia rodziny, wrażliwe emocjonalnie”.
Mary zacisnęła pięści na kolanach, aby powstrzymać się od płaczu.
„A jego praca?”
„Fałsz. Firma, którą ci powiedział, że jest właścicielem, nie istnieje. Nigdy nie istniała. Ma profile stworzone na podstawie symulowanych danych. Strony internetowe, które wyglądają na prawdziwe, ale nie są oficjalnie zarejestrowane. Fałsz.”
„A jego matka?”
Alan zrobił pauzę.
„Theresa Miller jest prawdziwa, ale jest też częścią gry. Nie tylko go kryje. Aktywnie bierze w niej udział. Tak naprawdę chodzi o coś jeszcze”.
Otworzył kolejny folder.
„Ma kuzynkę, Dianę Miller, agentkę nieruchomości. To ona kontaktuje się z ofiarami, opowiada im o „bezpiecznych inwestycjach” i pomaga im sprzedać nieruchomości. To ona zarządzała sprzedażą domu Lissy. Jest również wymieniona w dwóch innych podobnych oszustwach”.
Mary poczuła mdłości.
„A czy teraz jest inna kobieta?”
Alan skinął głową.
„Tak. Nazywa się Ivana Stone. Ma dwadzieścia osiem lat. Mieszka w północnej części miasta. Pracuje w ośrodku medycznym. Robert – a raczej Morris – poznał ją trzy miesiące temu. Spotykają się od tamtej pory. Ona nie wie o tobie, a on już z nią rozmawia o wspólnym inwestowaniu”.
Mary zakryła twarz dłońmi. Łzy płynęły nieubłaganie.
„Co mam z tym wszystkim zrobić?”
„Możesz go zgłosić, choć proces będzie długi i wyczerpujący. Albo możesz skonfrontować się z nim bezpośrednio – ale to wiąże się z ryzykiem”.
Mary zastanowiła się przez chwilę.
„Chcę spojrzeć mu w twarz.”
Alan przyglądał się jej.
„To nie idź sam.”
Skinęła głową.
Wyszła z biura z teczką w ręku, z rozdartą duszą. Margaret czekała na nią w samochodzie. Widząc jej minę, o nic nie pytała. Po prostu odpaliła silnik i jechała w milczeniu.
Tej nocy Mary napisała do Roberta.
Chcę cię widzieć u mnie jutro o ósmej.
Odpowiedział szybko.
Oczywiście, kochanie. Wszystko w porządku?
Chcę tylko porozmawiać.
Następny poranek był niekończący się.
Mary upewniła się, że system kamer działa. Alan zainstalował dzień wcześniej dwa ukryte urządzenia – jedno w ramie obrazu w jadalni, a drugie w lampie na korytarzu.
Margaret zostawała w sypialni, gotowa interweniować, gdyby sytuacja wymknęła się spod kontroli.
Dokładnie o ósmej zadzwonił dzwonek do drzwi.
Mary otworzyła drzwi.
Robert wyglądał nieskazitelnie w swojej białej koszuli i swoim zwykłym uśmiechu.
„Witaj, piękna. Tęskniłam za tobą.”
Mary nie odpowiedziała. Odsunęła się i gestem zaprosiła go do środka. Wszedł, nie zauważając niczego dziwnego. Usiadł na sofie, jakby to był jego dom.
„Co to za tajemnica? Zrobisz mi niespodziankę?”
Mary usiadła naprzeciwko niego. Czarna teczka leżała na stole.
„Chcę, żebyś to zobaczył.”
Robert otworzył.
Przeczytał pierwszą stronę, potem drugą. Jego wyraz twarzy zaczął się zmieniać. Uśmiech zniknął. Jego oczy stwardniały.
„Skąd to masz?”
„Od kogoś, kto mówi prawdę.”
„Nie masz pojęcia, co robisz.”
„Dokładnie wiem, co robię. Jedynym błędem było to, że w ciebie uwierzyłem.”
Zatrzasnął teczkę i pochylił się ku niej.
„Nie wiesz, w co się pakujesz, Mary.”
„Czy mi grozisz?”
Uśmiechnął się, ale nie był to jego zwykły uśmiech. Był inny – okrutny.
„Zadarłeś z niewłaściwymi ludźmi.”
Wstał, wziął kurtkę i wyszedł.
Mary nie poruszyła się, dopóki nie usłyszała zamykania drzwi. Potem pobiegła do sypialni, gdzie Margaret już stała z telefonem w dłoni.
„Nagrałeś wszystko?”
„Co sekundę.”
Mary odetchnęła. To nie była ulga. To był początek wojny.
Pierwszą rzeczą, jaką zrobiła, było odwołanie ślubu.
Zadzwoniła do firmy planującej, do sali eventowej, do kwiaciarni. Do wszystkich, po kolei.
Każdy telefon był wyzwoleniem i jednocześnie raną. Nadal bolało – nie miłość, ale oszustwo. Systematyczne, zaplanowane, okrutne oszustwo.
Kilka dni później zaczęły się inne rzeczy.
Na początku były małe.
Niezidentyfikowany telefon, który rozłączył się natychmiast po jej odebraniu. Potem kolejny, zniekształcony głos, który tylko powtórzył jej imię i się rozłączył. Mary chciała myśleć, że to zbieg okoliczności albo kiepski żart, ale w głębi duszy wiedziała, że tak nie jest.
To był początek kary.
Pewnego ranka, gdy zeszła do garażu, żeby iść do pracy, znalazła pod wycieraczką samochodu złożoną białą kopertę. Papier nie miał adresu zwrotnego.
W środku wiadomość napisana dużymi, czarnymi literami:
IGRASZ Z OGNIEM. PALI SIĘ ŁADNIE, ALE ZABIJA POWOLI.
Mary zamarła. Jej palce drżały. Rozejrzała się dookoła.
Nikogo. Tylko echo kroków sąsiadów idących do windy.
Włożyła kartkę do torebki i wróciła do mieszkania. Tego dnia odwołała pracę i zadzwoniła do Alana.
„Już zaczęli” – odpowiedziała mu bez ogródek.
„Mówiłem ci, że tak się stanie. Masz kopertę?”
“Tak.”
„Już idę. Zostań w środku. Nikomu nie otwieraj drzwi.”
Trzydzieści minut później Alan zapukał do drzwi. Przyniósł teczkę i ponury wyraz twarzy. Przejrzał papier, sfotografował go i włożył do plastikowej torby.
„To nie jest zwykła groźba. To ostrzeżenie. To ich sposób, żeby ci powiedzieć, że nie grasz już na ich terenie – teraz jesteś zagrożeniem”.
„Co robimy?”
„Zamontujemy kamery – jedną przy drzwiach, jedną na korytarzu. Zostawię ci też przycisk alarmowy. Jak go naciśniesz, to od razu do mnie dotrze. Nie możesz już być sama, Mary.”
Tej nocy spała z ciężkim sercem.
Margaret została z nią, śpiąc na sofie. Alan obiecał, że pociągnie za sznurki w prokuraturze. Dowody były przekonujące – nie tylko dzięki jego śledztwu, ale także zeznaniom Lissy i innych ofiar, które zdobyły się na odwagę, by zabrać głos po tym, jak Mary i Margaret się z nimi skontaktowały.
Sprawa była w toku. Ale wciąż nie było nakazu aresztowania, tylko otwarta teczka.
Następny tydzień był jeszcze gorszy.
Kiedy Mary wróciła ze sklepu spożywczego, zastała drzwi swojego mieszkania uchylone. Nie wyważone – po prostu otwarte.
Jej serce waliło.