Przełom nastąpił jesienią mojego ostatniego roku studiów. Udoskonaliliśmy nasz algorytm szyfrowania, dzięki czemu stał się on zarówno bezpieczniejszy, jak i bardziej wydajny. Kiedy ogłosiliśmy aktualizację, nasza lista klientów rozszerzyła się z firm regionalnych do przedsiębiorstw o zasięgu ogólnokrajowym. Miesięczne przychody potroiły się w ciągu sześćdziesięciu dni. Szybko zatrudnialiśmy nowych pracowników, aby sprostać wymaganiom, przenieśliśmy się do większego biura i zatrudniliśmy doświadczonych specjalistów, których pensje ledwo nas wystarczały. To było ryzyko, na które musieliśmy się zdecydować.
Jedną z tych osób była Jennifer Lawrence, doświadczona dyrektor finansowa, która przeprowadziła dwa poprzednie startupy do przejęcia. W wieku pięćdziesięciu dwóch lat wniosła do naszej młodej firmy stabilizującą obecność. „Macie coś wyjątkowego” – powiedziała w pierwszym tygodniu – „ale rozwijacie się zbyt szybko bez odpowiedniej kontroli finansowej. Pozwólcie, że pomogę wam zbudować stabilny biznes, a nie tylko imponującą technologię”.
Pod kierownictwem Jennifer zrestrukturyzowaliśmy ceny, usprawniliśmy zarządzanie przepływami pieniężnymi i rozpoczęliśmy poważne rozmowy na temat długoterminowej strategii. Po raz pierwszy w moim zespole kierowniczym nie znaleźli się tylko moi znajomi ze studiów.
Kiedy pozyskaliśmy naszego pierwszego klienta z listy Fortune 500 – dużą korporację z branży usług finansowych – w końcu zadzwoniłem do ojca z wiadomością, która, jak myślałem, mogła go zaimponować. „Tato, Secure Connect właśnie podpisało siedmiocyfrowy kontrakt z Allied Financial” – powiedziałem, nie mogąc ukryć dumy w głosie.
Zatrzymał się. „To ważny klient” – przyznał. „Ale firmy technologiczne pojawiają się i znikają, Sophio. Jak stabilny jest ten twój biznes? Czy jesteś dochodowy?”
Nie byliśmy – jeszcze nie. Reinwestowaliśmy każdego dolara w rozwój. Kiedy nie odpowiedziałem, powiedział: „Uważaj, żeby to nie odciągnęło cię od ukończenia studiów. Będziesz potrzebował czegoś, na co możesz liczyć, kiedy pęknie ta bańka technologiczna”.
Rozłączyłem się, przygnębiony. Tego wieczoru zostałem do późna, przeglądając projekcje z Jennifer.
„Twój ojciec nadal tego nie rozumie, prawda?” – zapytała. Nie zdawałem sobie sprawy, że podsłuchała.
„Nigdy tego nie zrobi” – westchnęłam.
„Mój ojciec był taki sam” – powiedziała. „Uważał, że kobiety powinny zajmować się nauczaniem lub pielęgniarstwem. Nigdy nie odwiedził mojego gabinetu w Goldman Sachs”.
„Jak sobie z tym poradziłeś?” zapytałem.
„Przestałem szukać jego aprobaty, a zacząłem szukać szacunku. To dwie różne rzeczy. Pierwszego możesz nigdy nie uzyskać, ale drugiego możesz się domagać”.
Wziąłem sobie jej słowa do serca. Przestanę starać się uszczęśliwiać ojca. Zamiast tego zbuduję coś tak niezaprzeczalnie udanego, że szacunek będzie jedyną opcją.
Kolejne osiemnaście miesięcy to był istny wir. Secure Connect rozrosło się z czterdziestu pracowników do ponad stu dwudziestu, dwukrotnie przerosło naszą przestrzeń i przeniosło się do lśniącego, szklanego budynku w centrum Bostonu, z naszym logo na drzwiach wejściowych. Każdego ranka wejście do tego holu napawało mnie mieszanką dumy i przerażenia. Tak wiele osób polegało na moim przywództwie. Tak wiele rzeczy mogło jeszcze pójść nie tak.
„Zbierzcie porządną serię A” – radziła Catherine, gdy nasze rezerwy gotówkowe malały pomimo wzrostu przychodów. „Potrzebujecie kapitału, żeby utrzymać to tempo”.
Myśl o ponownym wystąpieniu w roli pitchera przywołała stare blizny, ale Secure Connect było teraz inne: imponujący klienci, sprawdzona technologia, realne przychody. Catherine poprowadziła naszą rundę finansowania serii A, pozyskując kilka większych firm. Pozyskaliśmy 12 milionów dolarów przy wycenie 60 milionów dolarów. TechCrunch opublikował artykuł zatytułowany „Secure Connect, założony przez kobietę startup z branży bezpieczeństwa, który szturmem zdobywa przedsiębiorstwa”. Moja mama wysłała mi link z prostym: „Jestem z ciebie taka dumna, kochanie”. Mój ojciec nic nie powiedział, choć James później wspominał, że pytał, czy wycena była prawdziwa, czy tylko spekulacją inwestorów.
„Jeśli to cokolwiek znaczy” – powiedział mi James – „uważam, że to, co robisz, jest niesamowite. Tom też tak uważa – po prostu nie powiedziałby tego tacie”.
W miarę jak się rozwijaliśmy, Jennifer namawiała mnie do delegowania. Zatrudniłem dyrektora technicznego do nadzorowania inżynierii i dyrektora operacyjnego do zarządzania codziennymi operacjami. Zrezygnowanie z tego było trudniejsze, niż się spodziewałem – ale konieczne.
Konkurencja to zauważyła. Większe firmy budowały podróbki. Niektóre próbowały przejąć naszych inżynierów, oferując im podwójne pensje. Inne szeptały o naszej niezawodności. „To dobry znak” – powiedziała Catherine. „Nie zawracaliby sobie głowy, gdybyście nie stanowili zagrożenia”. Jeden z konkurentów posunął się dalej, próbując włamać się do naszych systemów i ukraść kod. Ironia losu, że firma ochroniarska stała się celem ataku, nie umknęła mojej uwadze, ale nasze zabezpieczenia działały. Namierzyliśmy atak i wysłaliśmy wezwanie do zaprzestania działalności, które ich zamknęło.
Przez cały ten czas utrzymywałam status studenta niestacjonarnego na MIT, zdeterminowana, by go ukończyć. Byłam na piątym roku, uczęszczając na jeden lub dwa zajęcia w semestrze, kiedy moja promotorka wezwała mnie. „Masz wystarczająco dużo punktów, żeby ukończyć studia w maju” – powiedziała z uśmiechem.
„Naprawdę?” Straciłem rachubę, kończąc jeden kurs na raz.
„Naprawdę. Ukończysz studia z wyróżnieniem, pomimo twojej niekonwencjonalnej ścieżki”. Zawahała się. „Komisja rozpatruje twoją kandydaturę do przemówienia studenckiego. Twoja historia jest… niezwykła”.
„Nie jestem pewien, czy mam czas, żeby napisać przemówienie” – powiedziałem, a ona namawiała mnie, żebym się zastanowił. Ostatecznie nie miałem. Nie było czasu.
W miarę jak zbliżał się termin ukończenia studiów, pojawiały się poważniejsze decyzje. Kilka dużych firm technologicznych zwróciło się do nas z ofertami przejęcia – opiewającymi na zawrotne kwoty. W tym samym czasie nasza rada nadzorcza rozważała możliwość pierwszej oferty publicznej.
„Rynek IPO jest teraz silny” – powiedziała Jennifer podczas nocnej sesji strategicznej. „Dzięki naszym wskaźnikom wzrostu i liście klientów możemy liczyć na znaczną wycenę”.
„Jesteśmy gotowi?” zapytałem.
„Będziemy potrzebować idealnego porządku w finansach i wzmocnionego zarządu. Ale tak – myślę, że jesteśmy gotowi”.
Moment wydawał się nierealny. Przygotowania do IPO zbiegały się niemal dokładnie z moim ukończeniem studiów. Dwa momenty kulminacyjne nadeszły jednocześnie.
Ruszyliśmy naprzód. Współpracowaliśmy z bankami inwestycyjnymi, aby przygotować nasz wniosek S‑1 do Komisji Papierów Wartościowych i Giełd (SEC). Proces był wyczerpujący – niekończące się spotkania z prawnikami, audytorami i bankierami. Tydzień przed ukończeniem studiów złożyliśmy wniosek poufnie, milczeliśmy o nowościach i ograniczyliśmy wiedzę do naszego zespołu kierowniczego i rady nadzorczej. Odmówiłem wygłoszenia przemówienia inauguracyjnego, ponieważ brakowało mi czasu na przygotowanie. Moi rodzice i bracia mieli przylecieć dzień przed ceremonią. To miał być pierwszy raz, kiedy widziałem ojca od ponad dwóch lat. Zarezerwowałem im pokoje w hotelu Four Seasons – małe, prywatne przypomnienie, jak daleko zaszedłem.
Wieczorem przed zakończeniem studiów Jennifer zadzwoniła z wiadomością, która zaparła mi dech w piersiach. „Bankierzy uważają, że powinniśmy ustalić wyższą cenę IPO, niż ustaliliśmy” – powiedziała, niemal podekscytowana. „Popyt jest niesamowity. Spodziewamy się potencjalnej wyceny miliarda dolarów już pierwszego dnia”.
Miliard dolarów. „Kiedy będziemy mieli pewność?”
„Komitet ds. cen spotyka się jutro rano. Zadzwonię do ciebie, jak tylko decyzja zostanie potwierdzona”.
Kiedy się rozłączyłam, mama napisała: Wylądowaliśmy. Do zobaczenia jutro na ceremonii. Wszyscy jesteśmy tacy dumni. Zastanawiałam się, czy „wszyscy” to również mój ojciec.
Poranek uroczystości ukończenia szkoły wstał pogodny i pochmurny. Obudziłam się o 5:30, zbyt niespokojna, by zasnąć, i poszłam z mieszkania na kampus. Jennifer jeszcze nie zadzwoniła. Powiadomienie z portalu SEC zasygnalizowało drobne komentarze dotyczące naszego zgłoszenia – nic, co mogłoby nas opóźnić. Wybrałam prostą czarną sukienkę pod togę, profesjonalną, ale nie krzykliwą, i powiesiłam bireta w miejscu, w którym mogłam go widzieć. Po pięciu latach studiów zaocznych i jednocześnie budowania firmy, ten frędzel wydawał się nierealny.
O 7:15 zadzwonił mój telefon. Jennifer. „Mamy wstępną cenę” – powiedziała. „Ubezpieczyciele rekomendują 42 dolary za akcję”.
Zrobiłem obliczenia. „To daje nam nieco ponad miliard pierwszego dnia”.
„I to czyni cię jednorożcem na giełdzie” – powiedziała. „To rzadkość, Sophia. Naprawdę rzadkość”.
„Kiedy to będzie ostateczne?”
„Komitet cenowy zbiera się za godzinę. O ile nic się nie wydarzy, potwierdzenie otrzymamy do 9:30. Komunikat prasowy zostanie opublikowany wkrótce potem”.
„Moja ceremonia zaczyna się o dziesiątej” – powiedziałem.
„Wiem. Zostaw telefon w trybie wibracji.”
O 8:30 udałem się na miejsce zbiórki absolwentów i ich gości. Najpierw dostrzegłem mamę – elegancką w niebieskiej sukience i marynarce. Obok niej stali moi bracia w garniturach, a potem mój ojciec, jak zawsze surowy, z włosami raczej siwymi niż brązowymi.
„Sophia!” Moja mama podbiegła do mnie i mocno mnie przytuliła. „Jesteśmy z ciebie tacy dumni, kochanie.”
Moi bracia złożyli mi krótkie gratulacje. Potem stanęłam przed ojcem, niepewna po tak długim dystansie. Wyciągnął rękę. „Gratuluję ukończenia studiów, Sophio”.
Nie uścisk. Nawet nie to, że jestem z ciebie dumny. Tylko potwierdzenie ukończonego zadania.
„Dziękuję za przybycie” – powiedziałem.
„Twoja matka nalegała” – odpowiedział, jakbym się nad tym zastanawiał.
Rozmawialiśmy niezręcznie o niczym. Wspomniałem o rezerwacji lunchu w Harvest. Uniósł brew. „Interesy chyba idą dobrze”.
„Tak” – powiedziałem, nie chcąc rozwijać tematu. Niech IPO przemówi samo za siebie.
W ogłoszeniu wezwano absolwentów do ustawiania się w kolejce według wydziałów i kierunków. „Miejsca rodzinne są w sektorze C” – powiedziałem. „Do zobaczenia później”.
Mama znów mnie przytuliła. „Będziemy patrzeć”.
Odchodząc, usłyszałem, jak ojciec mruczy do moich braci: „Przynajmniej skończyła studia. Będzie jej potrzebne”. Chwila. „Kiedy pęknie ta bańka technologiczna”.
Dołączyłam do procesji, poprawiłam czapkę i sprawdziłam telefon – z włączonym wibrowaniem, schowany w kieszeni, którą wszyłam w sukienkę na dziś. Wokół mnie koledzy z klasy robili sobie selfie i śmiali się. Stałam sama, z myślami rozdartymi między ceremonią a ustalaniem ceny po drugiej stronie miasta.
…
O 9:52 zadzwonił mój telefon. Jennifer: Cena potwierdzona na poziomie 44 dolarów za akcję. Ostateczna wycena: 1,1 miliarda dolarów. Komunikat prasowy za 15 minut. Gratulacje, Sophia. Udało ci się.
1,1 miliarda dolarów. Kolana mi się ugięły. Założyłem firmę, której wartość szacowano na ponad miliard dolarów. Status jednorożca, o którym marzyło tak wiele startupów – a który tak niewielu osiągnęło – nagle stał się nasz, a mój ojciec miał się o tym przekonać.
Poruszałem się na autopilocie, gdy ceremonia się rozpoczęła – pompa i okoliczności, szczere przemówienia o osiągnięciach i przyszłości. Niewiele z tego słyszałem. O 10:15 mój telefon znów zawibrował. Komunikat prasowy został wysłany. Za kilka minut kanały informacyjne o biznesie miały donieść o cenie akcji Secure Connect w IPO. Prasa technologiczna miała publikować artykuły o jednorożcu założonym przez kobietę. I wkrótce – bardzo wkrótce – mój ojciec miał się o tym dowiedzieć.
Wiadomości napływały od pracowników, inwestorów i mentorów. Ignorowałem je, skupiając się na tym, żeby trzymać się w ryzach, dopóki nie wywołano mojego nazwiska. Potem, o 10:32, pojawiła się inna wiadomość – od mojego ojca.
Nie oczekuj ode mnie żadnej pomocy. Radź sobie sam.
Te słowa uderzyły mnie jak fizyczny cios. W dniu, w którym odbierałam dyplom z wyróżnieniem – i wprowadzałam swoją firmę na giełdę z wyceną ponad miliard dolarów – jego przesłanie wciąż brzmiało odrzuceniem i porzuceniem. Łzy napływały mi do oczu; powstrzymałam je mrugnięciem. Nie będę płakać. Nie teraz. Nie z jego powodu.
Zawołali moje imię.
„Sophia Marie Anderson, licencjat z informatyki i inżynierii — z wyróżnieniem”.
Wstałem na chwiejnych nogach i przeszedłem przez scenę. Dziekan uścisnął mi dłoń i wręczył dyplom. Zdobyłem się na uśmiech do fotografa, choć w głębi duszy byłem zdruzgotany wiadomością od ojca.
Gdy schodziłam ze sceny, mój telefon znów zawibrował. Jennifer. Odebrałam, dyskretnie odwracając się od przejścia.
„Sophia” – powiedziała radośnie, ale jej głos niósł się echem. „Akcje już idą w górę w ramach oferty prywatnej. IPO to ogromny sukces. Właśnie osiągnęliśmy miliard dolarów kapitalizacji rynkowej. Wszyscy dzwonią. CNBC chce wywiadu. Bloomberg też”.
„To niesamowita wiadomość” – powiedziałem, a mój głos poniósł się dalej, niż zamierzałem. „IPO warte miliard dolarów. Trudno mi w to uwierzyć”.
Głowy się odwróciły. Szmer przeszedł wśród pobliskich absolwentów. IPO warte miliardy dolarów. Prezes. Słowa rozbrzmiały w rzędzie.
Zerknąłem w stronę sekcji C. Ojciec wpatrywał się we mnie z mieszaniną szoku i niedowierzania na twarzy, trzymając telefon w dłoni. Musiał właśnie zobaczyć powiadomienie o debiucie giełdowym Secure Connect. Moment nie mógł być lepszy. Kilka minut po tym, jak wysłał mi SMS-a, że jestem sam, odkrył, że jego „bezradna córka” jest prezesem spółki publicznej wartej ponad miliard dolarów.
Nasze oczy spotkały się po drugiej stronie widowni. Po raz pierwszy w życiu dostrzegłam coś nowego w jego spojrzeniu. To nie była duma. To nie była miłość. To był szacunek.
Reszta ceremonii zatarła się. Z powrotem na moim miejscu, koledzy z klasy patrzyli na mnie z nowym zainteresowaniem, szepcząc pytania, których udawałem, że nie słyszę. Prezydent zakończył zwyczajową przemową; niewielu słuchało. W sali rozniósł się szum wokół prezesa studenckiej firmy, który wprowadził ją na giełdę za miliard dolarów.
Na zewnątrz absolwenci wpadli do sali konferencyjnej. Najpierw zobaczyłem moją mamę, machającą, promienną. Moi bracia stali obok niej, pod wrażeniem i lekko zażenowani. Ojciec stał nieco z boku, z nieodgadnioną miną, wciąż ściskając telefon.
„Sophia!” Mama mnie objęła. „O twojej firmie mówią wszędzie. Czemu nam nie powiedziałaś?”
„Termin był tajny aż do dzisiejszego ranka” – powiedziałem. „Nie mogliśmy ujawnić szczegółów oferty publicznej przed ogłoszeniem”.
Moi bracia złożyli mi niezręczne gratulacje. James wspomniał, że cena akcji już rosła na początku sesji. Thomas zapytał, czy jestem już miliarderem.
„Firma jest wyceniana na ponad miliard dolarów” – wyjaśniłem. „Mój udział jest znaczący, ale nie większościowy. Na papierze, owszem, jestem wart dziesiątki milionów. Ale nie o to chodzi”.
Mój ojciec milczał przez cały ten czas. W końcu zrobił krok naprzód. „Celowo to przed nami ukrywałeś” – powiedział. Oskarżenie, nie pytanie.
„SEC ma surowe zasady dotyczące ujawniania informacji przed IPO” – odpowiedziałem spokojnie. „I szczerze mówiąc, uwierzyłbyś mi, gdybym ci powiedział?”
Uniosłam telefon. „Twój SMS przyszedł tuż przed tym, jak wywołali moje nazwisko”. Przeczytałam mu: „Nie oczekuj ode mnie żadnej pomocy. Radź sobie sam”. Spojrzałam w górę. „Ciekawy moment, tato”.
Moja matka jęknęła. „Harold, nie zrobiłeś tego”.
Zarumienił się. „Uznałem jej niezależność. Dała jasno do zrozumienia, że nie potrzebuje wsparcia rodziny”.
„Nie o to ci chodziło i oboje o tym wiemy” – powiedziałem, zaskoczony moim spokojem. „Nigdy we mnie nie wierzyłeś ani w to, co budowałem. Czekałeś na moją porażkę od dnia, w którym wyjechałem na MIT”.
Rodziny z okolicy zaczęły nas słuchać, telefony dyskretnie wskazywały nam drogę. Widok świeżo upieczonej prezeski firmy technologicznej konfrontującej się z ojcem był zbyt nie do odparcia.
„To nie jest odpowiednie miejsce na to” – rzekł sztywno mój ojciec.
„Zgadzam się” – powiedziałem. „Chodźmy do restauracji. Zarezerwowałem prywatny pokój”.
Szliśmy przez kampus, a mój telefon wibrował bez przerwy. Jennifer napisała SMS-a, że akcje są po 52 dolary – znacznie powyżej ceny z naszej oferty publicznej. Rynkowi spodobało się to, co zobaczył.
W Harvest gospodarz rozpoznał mnie od razu. „Gratuluję pani debiutu giełdowego, pani Anderson” – powiedział, prowadząc nas do prywatnego pokoju. „Państwa biuro przysłało szampana”. W srebrnym wiaderku stała butelka, a pod wstążką wisiała notatka od mojego zespołu kierowniczego.
Kiedy już usiadł, mój ojciec nie czekał. „Więc dlatego byłeś taki skryty” – powiedział. „Planujesz swoje wielkie ujawnienie, żeby uzyskać maksymalny efekt”.
„Buduję legalny biznes od pięciu lat” – odpowiedziałem. „IPO to kamień milowy, a nie cel sam w sobie”.
„Firma technologiczna” – prychnął. „Zbudowana na kapitale wysokiego ryzyka i szumie medialnym”.
„Zbudowaliśmy na rozwiązywaniu rzeczywistych problemów bezpieczeństwa dużych korporacji” – poprawiłem. „Mamy ponad dwustu klientów korporacyjnych, w tym czterdzieści firm z listy Fortune 500. Nasze szyfrowanie jest najbardziej zaawansowane na rynku”.
„I udało ci się to wszystko osiągnąć, rzekomo kończąc studia” – powiedział.
„Nie ma w tym nic „rzekomo”. Położyłem dyplom na stole. „Skończyłem… mimo twoich przewidywań, że obleję”.
Moja matka dotknęła jego rękawa. „Harold, nasza córka osiągnęła coś niezwykłego. Czy nie możesz być z niej po prostu dumny?”
„Niezwykłe?” – prychnął. „Zobaczymy, czy ta firma przetrwa za pięć lat. Większość tych technologicznych startupów upada po debiucie giełdowym”.